wtorek, 7 lipca 2015

Rozdział XIV

Nie mam w sumie o czym pisać, więc przejdźmy od razu do rozdziału.

******************************************************************************

   Lekcje się skończyły. Pogrążony w myślach wolno wyszedłem ze szkoły. Szczerze mówiąc nie poszedłem dzisiaj się uczyć. Musiałem go spotkać, omówić kilka spraw. Już od jakiegoś czasu przestałem łaknąć wiedzy, ponieważ znalazłem inną możliwość przeżycia. Już nie musiałem być wyedukowany, teraz musiałem tylko zabijać. To było pójście na łatwiznę ale jednocześnie podjęcie się czegoś zbyt trudnego dla innych ludzi. Przynajmniej to sobie wmawiałem. Pomyślałem o mojej zdobyczy. W sierocińcu znałem wiele zakamarków, w których często chowałem najróżniejsze przedmioty. Jednak teraz wybrałem miejsce, do którego na pewno nikt nie zajrzy. Piękna katana, którą zabiłem dwoje ludzi. Byłem pewien, że jeszcze kiedyś mi się bardzo przyda. Szczelnie owinąłem ją kocem i schowałem w miejscu gdzie nigdy nikt nie zaglądnął. Bylem z siebie dumny. Taka zdobycz. Na ostrzu ledwie dostrzegalnie lśniła maleńka róża. Taka piękna. Nie zauważyłem jej od razu, ale gdy już wiedziałem gdzie się znajduje mój wzrok zawsze podążał w tamto miejsce. Mimowolnie wciąż przyglądałem się róży. Widziałem ją nawet teraz- oczyma wyobraźni.

 -Marzyciel się znalazł. Jeśli będziesz zawsze chodził z głową w chmurach to kiedyś może się to źle dla ciebie skończyć.

   Naprzeciwko mnie, w tym samym miejscu co zawsze, wsparty o mur starego budynku. All. Nie wiem czy na prawdę tak miał na imię, ani czy to w ogóle było imię. All. Nie młody ale nie stary, umięśniony. Ciemną, starannie ułożoną czuprynę teraz rozwiewał wiatr. Ciemną, ale nie czarną. Ciężko było mi zdefiniować kolor jego włosów. Niby zwyczajny ale jednak każdy włos lśnił czymś nieznanym, zagadkowym blaskiem. 
     Jak zwykle w szarym płaszczu. Jego blada cera na tle śniegu sprawiała wrażenie jeszcze jaśniejszej, prawie przeźroczystej. Pierwszy raz zacząłem zastanawiać ile może mieć lat. Zmierzyłem go jeszcze raz wzrokiem i oszacowałem na około 24-26 lat. Nie był stary, ale ja mnie, 16-letniego szczeniaka, wydawał się być bardziej odległy, ze względu na swój wiek. Był dorosły.
   Przyglądał mi się z poważnym wyrazem twarzy. I nagle zdałem sobie z czegoś sprawę. Przypomniało mi się, jak rozmawiał z jakimś innym facetem, coś o mnie mówili. A teraz badał mnie przenikliwym wzrokiem.

-Podziwiasz moją piękną buźkę?- spytałem siląc się na ironię w głosie. Mój wygląd. Mój kompleks.

-A żebyś wiedział- odpowiedział niby żartobliwie, ale jego twarz nawet nie drgnęła, wciąż stał poważny i skupiony. Nagle wzruszył ramionami, rozluźnił się i lekko uśmiechnął. - Słyszałem o tym, jak ładnie zacząłeś działać. Na chwilę spuścić cię z oczu a już dwoje ludzi wącha kwiatki od spodu. Masz talent.

-Nie jestem pewien, czy można to nazwać talentem. Ważniejsze jest to, że potrzebuje czegoś do nauki władania mieczem, jakiejś książki albo czegoś takiego. Wziąłem sobie ładną pamiątkę i nie chcę, żeby się zmarnowała.

-Nie ma sprawy. Jest tylko jeden problem. Mamy drobną zmianę planu. Kończy nam się czas, więc do końca tygodnia musisz zakończyć tą zabawę. Dasz radę?

   Przeszedł mnie zimny dreszcz. "Tydzień?! Przecież to tyle co nic. Jak mam pozbyć się kogoś tak wpływowego w zaledwie tydzień. Jeszcze z ranną  ręką." 
  Coś było nie tak. Ruszyłem lekko ramieniem-nic. Trochę mocniej- dalej nic. Zmarszczyłem brwi. Ruszyłem powoli w stronę wąskiej uliczki.

-A ty gdzie się...

-Nie pytaj tylko chodź.- przerwałem mu, zanim zdążył dokończyć. Gdy znalazłem się w miejscu, gdzie przechodnie nie mogli mnie zobaczyć ściągnąłem kurtkę i bluzkę. Zacząłem powoli odwijać bandaż z mojej ręki.

-Dostałeś? Co się stało.

-W sumie nic takiego. Wbił mi skurwysyn nóż w ramie i chodziłem z nową ozdobą około 2 godziny po mieście. Skubana powinna napieprzać.  W ogóle zapomniałem, że byłem ranny. To niemożliwe, żeby takie "draśnięcie" nagle przestało bo.... - nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Na bandażu były ślady krwi ale rana brawie całkiem się już zagoiła. Patrzyłem osłupiały na rękę a chwilę później przeniosłem zdziwione spojrzenie na All'a. Widziałem że on jest równie zdziwiony co ja.
     Staliśmy tak przez chwilę w milczeniu, aż temperatura przypomniała mi, że jest środek zimy a ja stoję bez koszulki na mrozie. włożyłem ostrożnie bluzkę i kurtkę. Kilka razy ruszyłem ręką- nic. Uśmiechnąłem się smutno "na prawdę jestem dziwakiem".  Odkaszlnąłem i wróciłem do głównego tematu.

-Co się stało, że tak skróciliście mi czas?

-Im mniej wiesz tym lepiej. -Odpowiedział wymijająco. -Powinieneś tylko wykonać robotę bo w końcu za to ci płacimy. A jeśli już o płaceniu mowa tu masz 500 perionów na zaliczkę. Całą resztę, tak jak się umawialiśmy, dostaniesz po robocie. 

                                                                ***

   Nie wracałem do sierocińca, miałem zbyt mało czasu. Byłem już blisko Ulicy 33 gdy coś przyciągnęło mój wzrok. Niby nic, zwykły sklep. Rzadko robiłem zakupy, zwłaszcza, że jedzenie dostawałem w sierocińcu. Tym razem postanowiłem wstąpić, miałem pieniądze, więc mogłem się rozejrzeć  i nawet coś kupić. Rozejrzałem się i wszedłem. 
  Sklep był wyjątkowo duży jak na panujące tutaj warunki. Było w nim praktycznie wszystko czego mógłby potrzebować... przestępca? Nie miałem pojęcia, że takie sklepy w ogóle istnieją. Od lin, różnej grubości i wytrzymałości, po broń białą, pistolety, materiały wybuchowe, trucizny z dokładnie opisanym działaniem i sposobem podania. 
  Wydawać by się mogło, że sprzedawanie tego typu rzeczy w centrum Jigoku to zwykłe samobójstwo. Tyle, że to wszystko nie było przeznaczone dla nas. Przeciętny mieszkaniec ciemnej strony nie miał wystarczająco pieniędzy, żeby kupić najtańszą rzec. Ceny były po prostu nieziemskie. Moje 500 perionów to było już niesamowite bogactwo. Za tyle pieniędzy baz problemu mógłbym przeżyć rok, kupić jakieś mieszkanie i jeszcze nie narzekałbym na jakość życia. Tutaj ceny zaczynały się od 50 perionów. Majątek przeciętnego mieszkańca wynosił 20 perionów. Oczywiście zdarzały się grube ryby jak na przykład Albert Frund, ale byłem pewien, że klienci tego sklepu to wielcy panowie z Edenu.

-W czymś pomóc chłopcze?- usłyszałem niski głos sprzedawcy. Miał ręce pokryte tatuażami, krótką brodę i kolczyk w uchu. Mimo wyglądu sprawiał wrażenie miłego i przyjaznego człowieka. Uśmiechnąłem się, wyprostowałem. Przeczesałem palcami lśniące blond włosy i podszedłem do niego. Musiałem udawać dzieciaka z lepszej strony, żeby nie podejrzewał skąd u mnie tyle pieniędzy.

-Potrzebuję kilku drobiazgów. Liny, jakiejś wytrzymałej, pistoletu z tłumikiem i nabojów oczywiście. I jeszcze jakiś krótki chowany nóż.

Byłem prostolinijny. Tak jakbym mówił temu człowiekowi "zamierzam iść i zabić kogoś wpływowego, dokładnie to Frunda. Gruba akcja się szykuję. " i przy tym uroczo się uśmiechał. Czułem się dziwnie ale starałem się nie wypaść z "roli". Mężczyzna zmierzył mnie wzrokiem. Kącik jego ust lekko się uniósł. Skinął głową i zniknął na zapleczu. Ja zająłem się oglądaniem własnych paznokci i stwierdziłem że naprawdę kiepsko się prezentują. Schowałem ręce do kieszeni i rozglądałem się po sklepie. 
  Po chwili facet wrócił z tym o co prosiłem. Zaczął opowiadać szczegóły każdego przedmiotu, pokazał kilka innych i dał mi wybór. Ja przyglądałem się towarowi ale w końcu zaufałem temu co mówi. Podał cenę 499 perionów. Odetchnąłem z ulgą. Przez cały czas najbardziej bałem się tego, że zabraknie mi pieniędzy i że zacznę panikować. Zapłaciłem a sprzedawca uśmiechnął się i życzył mi powodzenia. Zatkało mnie. Spojrzałem w jego stronę a on dalej się szczerzył. Przytaknąłem i wyszedłem ze sklepu. Miałem wszystko czego było mi potrzeba, teraz musiałem tylko zaczekać aż zajdzie słońce.

niedziela, 28 czerwca 2015

Rozdział XIII

 Znowu mnie dość sporo czasu nie było, za co bardzo przepraszam :c 
W ciągu tego prawie miesiąca dowiedziałam się że jestem już całkiem ślepa. Moja wada wzroku i nienawiść do okularów troszkę nie współgrają. Ale dość o mnie, Zapraszam do czytania, zachęcam do komentowania, bo nawet nie wyobrażacie sobie jak bardzo to motywuje do dalszej pracy <3

*******************************************************************************

    Biały pokój. Pustka, biała pustka. Podłoga idealnie zlewała ze ścianami i sufitem. Nie potrafiłem określić, czy stoję na środku pokoju. Jasność zaczęła razić mnie w oczy, byłem zagubiony, niepewny, przerażony. Nie czułem nic fizycznego, tylko emocje, zalewały mnie, nie potrafiłem ich opanować. Nie myślałem o niczym konkretnym, mój wzrok błądził, nie miałem na czym go zogniskować. Żadnego dźwięku, przedmiotu, odczucia, zapachu. Nic. Pustka. Po dłuższej chwili w tym miejscu nie byłem nawet pewien, czy stoję na dziwacznej, śnieżnobiałej podłodze, czy unoszę się w powietrzu. Moje zmysły zaczęły wariować. Ja zacząłem wariować. Wszystko się mieszało. Nic już nie było realne. Ja nie byłem realny.
   Znikałem. Rozpływałem się. Stawałem się nicością.
 Moja świadomość dematerializowała się równie szybko co ciało. Strzępkiem sił udało mi się zatrzymać dziwaczny proces na kilka sekund. A może nic takiego się nie stało? Może się nie rozpadałem?
       Obudziłem się zalany zimnym potem. Czerń naokoło mnie kontrastowała z bielą mojego snu. Ramie od razu dało o sobie znać przeszywając całą rękę tępym bólem i nieprzyjemnym mrowieniem. Oddychałem szybko i płytko. Lekko uniosłem się na zdrowej kończynie i rozejrzałem dookoła. Wszystko zaczynało wracać do normy. Moje źrenice rozszerzyły się i przywykłem do ciemności. Mogłem nawet dojrzeć niewyraźne kształty. Słyszałem oddechy innych ludzi. Nie dwóch lub trzech, ale kilkunastu. Czułem zapach pleśni i mrozu.
   Wszystko wróciło do normy. Byłem w sierocińcu. Ktoś obok mamrotał przez sen. Odwróciłem się i zobaczyłem niewyraźną sylwetkę leżącą tuż obok mnie. Nie był przykryty żadnym kocem, za  to na sobie wymacałem dwa przykrycia. "Desmont, ty sukinsynu" pomyślałem. Nie dość, że mnie opatrzył i zaprowadził do bidula to jeszcze marzł teraz, żeby mi było ciepło. Przyczepił się jak rzep i nie zapowiadało się na to, żeby się odczepił w najbliższym czasie. Jego obecność mnie irytowała ale jednocześnie czułem przyjemne ciepło w środku. W końcu miałem kogoś blisko siebie, kogoś kto nie bał się mojego krzywego spojrzenia. To cieszyło i przerażało jednocześnie. A jeśli zniknie? Już raz ktoś, kto był mi bliski zniknął, nigdy nie wrócił. Najgorsze było to, że po tych latach myślenie o Maxie dalej bolało. Dlatego zazwyczaj odrzucałem tę myśli. Wracałem do spraw przyziemnych. Starałem się zapomnieć, za wszelką cenę. O wiele lepiej znosiłem ból fizyczny, ale psychikę miałem słabą, bardzo słabą. Dlatego za wszelką cenę starałem się zamknąć i odizolować od innych ludzi. "Przecież, jeśli nie będę miał obok żadnego innego człowieka nie będę cierpiał, prawda? Nikt mnie już nie zrani? Zawsze będę kontrolował sytuację. "
    Unikanie innych wcale nie było takie trudne. Na początku czułem się samotny, ale potem przyzwyczaiłem się. Wmówiłem sobie, że nikogo nie potrzebuję, że życie w samotności jest lepsze, wygodniejsze. Nie miałem racji.
    Leżał teraz obok mnie, nieświadomy moich rozmyślań. Idiota, a przynajmniej na takiego wyglądał. Idealista, myślący, że rozumie każdego człowieka, ze każdego potrafi rozgryźć. Przyczepa, nudny, przeciętny. Przyłapałem go jak parzył się ze swoją dziewczyną. Nic nas nie łączyło.
Więc dlaczego? Co to za uczucie? Chciałem, żeby tu był. Czułem, że jest kimś, kto może mnie zrozumieć, kimś kogo mi brakowało. Po dość długim czasie izolacji, ktoś wlazł z butami do mojego życia, przekroczył barierę, którą tak długo budowałem. Nie potrafiłem go zrozumieć. To było najgorsze. Nie umiałem odczytać jego następnego kroku, przewidzieć przebiegu rozmowy. Był zagadką i to najbardziej irytowało.
     Wymacałem jeden koc i go przykryłem. Skrzywiłem się lekko "Teraz mam u idioty dług".  Oczy mi się zamykały, w głosie zaczęło się kręcić, w uszach dzwonić. Nie chciałem tam wracać. Byłem pewien, że gdy tylko zasnę znów znajdę się w białym pokoju. Wszystko zacznie się od nowa. Nie dałem rady. Położyłem głowę na starej poduszce i zamknąłem oczy. "Wróciłem.."
                                        
     Jakiś ruch obok wyciągnął mnie z koszmaru. Rozejrzałem się przerażony naokoło, zalany potem, wciąż nieprzytomny.
  -Ej, uspokój się, nic ci nie jest. Ciągle żyjesz, a to chyba dobrze.
 Wpatrywałem się na siedzącego obok mnie chłopaka. "Sukinsyn" pomyślałem już całkowicie przytomnie.
Zamrugałem kilka razy, przetarłem twarz i chwytając jego ramienia wstałem.
  -Stop! Stop! Gdzie się wybierasz?
  -No chyba oczywiste, do szkoły. -Powiedziałem beznamiętnie. Ramie bolało jak cholera, ale wiedziałem, że jestem w stanie to znieść, bez większego problemu. Na prawdę mogłem iść, nie kozaczyłem.
  -Chyba se jaja robisz. Nie po to taszczyłem cię przez 2 kilometry, żebyś mi teraz zszedł w drodze do szkoły.
  -Przecież nic się nie dzieję. Trochę boli, ale da się wytrzymać. -spojrzałem na ranną rękę. - Muszę iść, bo nauka to dla mnie chyba jedyna szansa na w miarę udane życie, wiesz o tym. Jak nie pójdę...
  -Wiem, wiem. Mówisz w kółko to samo. Wymyśliłbyś jakieś ciekawsze tematy do rozmowy co?
  -Przypomnę, że to nie ja tu chcę rozmawiać.
  -Ostatnio powiedziałeś, że jak rozmawiasz, to mniej boli.- Wyszczerzył się z sarkastycznym uśmieszku.
  -Musiałem się skupić na czymś innym niż ręka- powiedziałem cicho. Przypomniało mi się wszystko, co czułem podczas tamtej nocnej przechadzki. Nie chciałbym, żeby kiedykolwiek to się powtórzyło, nie chciałbym już nigdy czuć takiego bólu. - Cholera jasna, nawet nie wyobrażasz sobie, jak to bolało!
  -Mów ciszej. Sory, masz rację. Jesteś pewien, że dasz radę iść?
W drzwiach zobaczyłem Jeni. Patrzyła na mnie ze smutkiem w oczach. "Co? Smutkiem w oczach? Cholera, znowu miał racje, jednak w ludzkim spojrzeniu można wyczytać emocje." Uśmiechnąłem się blado, nie wiem czy do niej, czy do samego siebie.
  -Nie ma problemu, dam sobie radę. 
Gdy mijałem ją w drzwiach usłyszałem tylko cichy głos 
 -Przepraszam.
Odwróciłem głowię w jej stronę, ale już szła w kierunku Desmonta, nie patrzyła w moją stronę. Teraz przepraszała, ale przez nią prawie umarłem. W sumie to ostatnie często 'prawie umierałem'. "Jeśli tak dalej pójdzie to moja przyszłość nie wygląda zbyt ciekawie. pomyślałem z lekką ironią. Odwróciłem się i poszedłem w swoją stronę, a w mojej głowie wciąż widziałem białą pustkę z mojego snu i Desmonta leżącego obok mnie tuż po moim przebudzeniu. 
                                                            ***
   Do szkoły wszedłem jak zwykle-sam. Nie patrzyłem nikomu w oczy, do nikogo się nie odzywałem, omijałem grupki ludzi błądzących po korytarzu. Podszedłem do starej, zardzewiałej szafki i wyciągnąłem podręczniki. Ktoś popchnął mnie, usłyszałem za plecami stłumiony śmiech. Nie odwróciłem się, to była moja codzienność. Udało mi się dosłyszeć kilka słów: "odludek, pedał, dziwak". Poczułem coś, czego nie czułem od dawna. To zabolało. Co? Mnie? Zabolało? Niby jakim sposobem? Byłem przecież uodporniony na te docinki. Znosiłem je codziennie przez kilka lat, a tu nagle poczułem coś z tego powodu? Niemożliwe. 
 Zacisnąłem dłoń w pięść i uderzyłem w moją zamkniętą szafkę. Rozległ się głuchy odgłos, spomiędzy palców wypłynęła cienka stróżka krwi. Odwróciłem się. Cały korytarz zamilkł. Zobaczyłem grupkę chłopców, którzy jeszcze przed chwilą cicho rechotali. Spojrzałem na nich lodowatym spojrzeniem. Zbladli. uśmiechnąłem się w duchu "Najpierw byli tacy odważni a teraz trzęsą się ze strachu". Omiotłem wściekłym wzrokiem cały korytarz a następnie ruszyłem w stronę przestraszonych kolesi. Mieli miny jakby spotkali sama śmierć. "Świetnie". Patrzyłem im głęboko w oczy i nie zatrzymując się ominąłem grupkę. Przez sekundę wstrzymali oddech. Ta satysfakcja rozpierała mnie od środka. To było na prawdę świetne. 
    Co było najdziwniejsze? Ramie nie bolało. No może lekko ale tylko przy gwałtownych ruchach rękę. Nie byłem zdziwiony. Po prostu o tym zapomniałem. W tamtej chwili nie rana była istotna tylko mój sukces. Dzięki tej akcji przez jakiś czas będę znów chodził korytarzami sam, nikt mnie nie zaczepi, wszyscy będą sie mnie bali. To dobrze. Dobrze. Po moim policzku spłynęła jedna, jedyna łza. Nie otarłem twarzy, pozwoliłem jej spłynąć do brody a potem wylądować na zimnej posadce korytarza. Znów będę samotny. A wewnątrz mnie emocje były podzielone. Jednocześnie się cieszyłem. Znów będę sam, nikt mi nie przeszkodzi, nikt nie stanie mi na drodze. Z drugiej strony pamiętałem tę noc. Gdybym był wtedy sam nie przeżyłbym. Umierałbym powoli w  męczarniach. 
  Z Desmontem wciąż się kłóciłem ale jednak był to pewien rodzaj rozmowy. Tu i teraz musiałem być cicho. Miałem tylko własne myśli, których coraz bardziej się bałem. Tak jak w moim śnie, jak w białym pokoju. Emocje wariowały, rozrywały mnie od środka, niszczyły. Zacząłem zastanawiać się nad znaczeniem tego koszmaru. Moje życie. Pustka. Chciałem być, sam. Chciałem, żeby nikogo nie było. Chciałem żyć obok, a nie z ludźmi. I zostałem sam. Zacząłem znikać. 
  W białym pokoju nie było nic, więc dlaczego ja miałbym zakłócić tę nicość? Też musiałem zniknąć.

sobota, 6 czerwca 2015

Rozdział XII

  Jeszcze tylko chwilka, tylko troszkę, wytrzymam, muszę wytrzymać. Jestem pewna, że mi się uda. Wskazówki zegara są takie powolne. Ale to nic. Jestem silna. Tak niewiele brakuje do... wakacji <3
A może w wakacje uda mi sie wziąć za siebie i pisać regularnie? Kto wie :D  Miłego czytania ;)

**********************************************************************************

      Prawa noga. Lewa noga. Prawa. Lewa. Prawa. Lewa.
 Całą moją uwagę poświęcałem stawianiu kroków. Prawa, lewa. Czułem zimno. Chłód metalu w moim ramieniu. Paraliżował. 
 Prawa.
Zdrowa ręka podtrzymywała całe ciało chroniąc przed upadkiem. Podporą był człowiek. Człowiek? Desmont.
   Lewa.
Świat wirował. Gdy dostałem nożem czułem ból, ale nie mógł się równać z tym co przechodziłem teraz. Straszliwe katusze. Widziałem śmierć. Stała przede mną i śmiała mi się prosto w twarz. "Dlaczego teraz boli bardziej? Może dlatego, że wcześniej byłem pobudzony." Adrenalina. Ból nie był najważniejszy, musiałem myśleć o wielu innych sprawach jednocześnie. Ale teraz, gdy się uspokoiłem moje myśli mimowolnie uciekały w kierunku rannej ręki.To potęgowało cierpienie i ból.
    Prawa.
"Zabawne, kiedy powinienem myśleć o ranie, nic mnie nie bolało. Teraz, kiedy powinienem myśleć co dalej boli jak jasna cholera. Taki paradoks. Pierdolony paradoks" myślałem. Byłem bliski szaleństwa. Miasto wokół mnie mimo późnej pory szumiało nieskładnie. Światła latarni kłuły w oczy. Świat wirował. 
  Lewa.
Przecież już nie raz dostałem. Nawet kilka razy oberwałem nożem. Ale nigdy nie wybierałem się w podróż z wystającym narzędziem z ciała. Narzędziem, które przy każdym kroku nieznacznie zmieniało swoje położenie. Spod którego wolno spływała stróżka krwi. 
  Prawa.
"Zaraz, zaraz. Jak on chce mnie opatrzyć? Przecież barman nie ma apteczki, a jeśli jakimś cudem ma to nie da jej pierwszemu lepszemu małolatowi. Cholera."
- N... Nie idź do baru.- wyszeptałem. Popatrzyłem na niego, a on na mnie. Zrobił się w momencie blady. Musiałem wyglądać naprawdę strasznie. Uśmiechnąłem się krzywo.
- Pomyśl -głęboko odetchnąłem i mówiłem dalej - jaki normalny barman do apteczkę szczeniakowi, którego na nigdy na oczy nie widział.
Rozmowa lekko rozjaśniła mi umysł, przestałem myśleć o ranie. Desmont skinął głową i ruszyliśmy dalej.
  -Mogę z tobą pogadać? Jak mówię to mniej boli. - skrzywiłem się, gdy kurtka zahaczyła o nóż. - Słuchaj, jak przeżyję tę noc, to będę twoim dozgonnym dłużnikiem.
   - Mnie wystarczy, gdy przestaniesz się izolować.
Popatrzyłem na niego krzywo, ale jego wzrok utkwiony był gdzieś w nicość daleko przed nami.
   -Muszę. Muszę być sam. Nie potrafię już nikomu zaufać. - Byłem zdziwiony. Słowa same płynęły.
  -A mnie jakoś w tej chwili zaufałeś, prawda? Z każdą chwilą zaskakujesz mnie coraz bardziej. Nie zawsze pozytywnie. Coś pewnie się stało w przeszłości, nie wiem co i nie wnikam. Postawiłeś barierę. Jesteś wredny i sprawiasz wrażenie, jakbyś nienawidził wszystkiego i wszystkich. Ale w twoich oczach widzę smutek.
  -Pieprzenie- zaśmiałem się mimowolnie. Zaraz tego pożałowałem. Naprałem powietrza i mogłem mówić dalej - Gadasz jak jakiś wielki bohater tych wszystkich słabych książek. "Widzę w oczach" . Wiesz co można zobaczyć w ludzkich oczach? Powiedzieć Ci? Pieprzone oczy. 
     -Bierzesz wszystko zbyt dosłownie. Mówię w oczach, a chodzi mi o całą postawę. To jak chodzisz, jak unikasz ludzi, jak uciekasz wzrokiem. Przejrzałem cię, głupi nie jestem.
   -A wyglądasz na takiego.
   -No i o tym mówię. Bronisz się przed pokazaniem samego siebie. Zamiast być szczery spławiasz ludzi sarkastycznymi komentarzami. Tak nie można, kiedyś...
    -I znasz mnie na tyle dobrze po 4 rozmowach?! Jaja se robisz.- Poczułem jego dłoń na mojej dłoni. Zatrzymaliśmy się, a on delikatnie posadził mnie na ziemi pod ścianą jakiegoś budynku.
   -Siedź tu, zaraz wrócę. Nawet nie próbuj nigdzie emigrować.
   -Gdybym tylko mógł... -westchnąłem. Patrzyłem jak odchodzi. Dziwny typ, bardzo dziwny. Co takiego go we mnie zainteresowało na tyle, że obserwował moje zachowanie, moje zwyczaje, sposób w jaki odnoszę się do ludzi? Co z nim jest nie tak? Dlaczego wtrąca się w cudze życie?
   Jak byłem jeszcze brzdącem ludzie do mnie lgnęli. Pamiętam, zawsze byłem otoczony wianuszkiem dziewczynek i chłopców, ale nigdy z żadnym z nich tak na prawdę się nie przyjaźniłem. Po prostu byli. Towarzyszyli mi przy posiłkach, śmiali się, bawili ze mną. Mimo to zawsze czułem się samotny.
 Czas mijał, nic się nie zmieniało, do czasu, aż pojawił się Max. Wywrócił moje życie. Był przyjacielem. Nie. Był kimś więcej niż przyjacielem. Pojawił się niespodziewanie i zniknął w podobny sposób. Z dnia na dzień. Był a potem go nie było. Proste i bolesne.Zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja. Kogoś, kto pod skorupą chowa wrażliwą duszę.
  Miałem wtedy 12 lat? Bachor jeszcze. Zwykły dzieciak ze slumsów. Ale różniłem się od wszystkich innych i nie był to tylko wygląd. Miałem kogoś, kogo szanowałem. Kogoś, kogo uważałem za przyjaciela. Kokoś z kim byłem szczery. Kogoś, kogo kochałem. Dzięki temu byłem silny. Dziwne, ale zdałem sobie sprawę, z moich uczuć gdy już zniknął. Gdy pozostawił po sobie bolesną dziurę w moim wnętrzu. To było proste. Obudziłem się, a jego nie było. 
  Pamiętam jak na początku uważałem, że to dzień jak co dzień. Max często się zrywał wcześniej, to nie była żadna nowość. Ale gdy po południu wciąż nie wracał, zacząłem coś podejrzewać. Najpierw szukałem go wszędzie tam, gdzie miałem nadzieję go znaleźć. Potem szukałem we wszystkich innych miejscach. Nigdzie go nie było. Szukałem długo. Wracałem do sierocińca zapłakany, zrezygnowany. Wstawałem z nową nadzieją, której z dnia na dzień było coraz mniej, aż w końcu całkiem zniknęła. Razem z nim. Wszystko stało się szare. Ludzie, którzy mnie otaczali zaczęli irytować. Całą złość wyładowywałem na innych. Zawsze byłem silny więc często moja złość była fatalna w skutkach dla mojego otoczenia. Zanim się spostrzegłem nikogo obok mnie nie było. Zostałem sam. Postawiłem barierę i nikogo nie dopuszczałem do siebie. Z czasem ludzie zaczęli wiązać zmianę mojego zachowania ze zniknięciem Maxa. Zaczęli mnie obrażać, wyzywać od pedałów, chociaż niewiele mijali się z prawdą. Zostałem sam.
     Usłyszałem kroki. Coś wewnątrz mnie pękło. Max. Jak ja za nim tęskniłem, nie chciałem tego przyznać, nigdy nie powiedziałbym tego na głos. Po moim policzku spłynęła łza. Samotna łza, taka ciepła, taka bolesna.
  Zza rogu wyłonił się Desmont, niósł w ręce jakiś pakunek. Spojrzałem na niego moimi błękitnymi oczami. Łzy popłynęła same. Nie wiem czy przez nóż, który dalej sterczał z mojego ramienia, które pulsowało tępym bólem, czy przez moje rozmyślania. 
  Chłopak zbladł. Podszedł do mnie i zrobił coś, czego nigdy bym się nie spodziewał. Po prostu przytulił. Delikatnie, uważając na ranę. Płakałem odurzony bólem i emocjami. Cicho. Tak, żeby nikt mnie nie usłyszał. A potem zasnąłem. Nie na długo.
   Obudziło mnie coś strasznego, coś co trudno sobie nawet wyobrazić. Desmont z mojej częściowo zakrzepłej rany wyszarpnął nóż. Wrzasnąłem. Wszystko na chwilę zniknęło. Zostałem tylko ja i niesamowity ból, promieniujący przez całą rękę. Miałem wrażenie, że chwila, w której wracam do siebie trwała wiecznie. 
  Desmont sprawnie opatrzył mnie zakupionymi bandażami. Nie pamiętam tego dokładnie. Moja świadomość rwała się. Czułem wszystko kilka razy intensywniej niż normalnie. Miałem wrażenie, że umieram. Gdy już się trochę uspokoiłem pomógł mi wstać. Zakomunikował chyba, że wracamy do bidula. Skinąłem głową. Nie miałem siły. Na nic. 
  Nie pamiętam powrotu. Możliwe, że idąc spałem, lub co jakiś czas traciłem świadomość.Wiem tylko, że było ciężko skupić się na własnych krokach.
  Lewa noga. Prawa noga. Lewa. Prawa. Lewa.

piątek, 29 maja 2015

Rozdział XI

Po co komu angielski. Dziękuję wszystkim, którzy odwiedzają tego bloga. Jesteście świetni i na prawdę motywujecie do dalszego pisania.

**********************************************************************************
    Ulica 33. Wyglądała tak jak każda inna w Jigoku: brudna, zaśmiecona, co rusz pałętali się bezdomni. Koszmar. Ale jeden budynek się wyróżniał. Stali przed nim dwaj mężczyźni. Zatrzymałem się i przyglądałem im z pewnej odległości. Przypominałem sobie postacie odpisane na kartce, szukałem informacji w mojej głowie jakbym przeglądał książkę. Wszystko było wyraźne.
  Już dawno to zauważyłem. Pamięć była moją mocną stroną. Gdy raz coś przeczytałem zostawało w mojej głowie. Znałem na pamięć wszystkie przeczytane gazety, książki, reklamy. To było zaskakujące i jednocześnie przydatne. Niezwykły talent niezwykłego człowieka - pomyślałem ironicznie. Jako dziecko nazywałem siebie geniuszem, biegałem po sierocińcu i dawałem pokazy swojej nieprzeciętnej umiejętności. Czułem się lepszy od wszystkich, inteligentniejszy, jakbym stał wyżej w tej parszywej hierarchii. To przekonanie trwało kilka lat, aż w końcu statek, którym byłem, natrafił na górę lodową. Max. Przeszedł mnie zimny dreszcz. Wspomnienia, które tak bardzo chciałem wyrzucić z pamięci zaczęły powracać. Sceny, których nie chciałem pamiętać. Miejsca pełne smutki. Osoba. Jedna osoba. Przez niego mój dar stał się przekleństwem, stoczyłem się, upadłem. Nie! Dosyć tego- skarciłem się w myślach. Czas wracać do rzeczywistości.
   Skupiłem się na osiłkach przed drzwiami. Jeden z nich za pasem nosił miecz. "numer 2" w mojej głowie pojawiły się wszystkie informacje o nim. Jego towarzysz Miał nadwagę i był rudy "numer 3". Spojrzałem na Desmonta. Rozglądał się ciekawsko "jak małe dziecko" pomyślałem. Na mojej twarzy pojawił się nikły uśmiech. Może powinienem się otworzyć? Zaufać? Albo chociaż lepiej poznać. Trzymał się mnie, mimo że przeze mnie prawie został skopany na śmierć. Miałem wrażenie, ze coś we mnie pęka. Zawsze się chowałem, zamykałem. Istniałem obok wszystkiego, nie zawsze. Od czasu... Nie! Stop! Myśli schodzą na zły tor, znowu.
    Ruszyłem w kierunku osiłków pilnujących wejścia. Desmont zdążył tylko machnąć rękami w bliżej niesprecyzowanym geście mającym mnie zatrzymać. Nie patrzyłem do tyłu. Podszedłem do faceta z miecem za pasem. Gwizdnąłem dość głośno z podziwem.
  -Śliczne cacuszko. W dzisiejszych czasach mało kto używa broni białej, nie licząc noży. Gdzie taki zdobyłeś? -Mój wzrok miotał sie pomiędzy mieczem a zdziwioną twarzą mężczyzny. - Mogę go zobaczyć? W życiu czegoś takiego nie miałem w ręku.- Uśmiechnąłem się najpiękniej jak umiałem. 

 -Słuchaj młody, to nie jest zabawka. Lepiej zmykaj stąd zanim ktoś cię tu zobaczy, to niebezpieczna okolica.
 -Jigoku to jedna wielka niebezpieczna okolica. Proszę no. Chcę zobaczyć tylko, czy jest ostry. O takich cudach tylko czytałem. Niech pan się nie da prosić. Sprzedam panu tę kurtkę. - Ostentacyjnie zdjąłem mój skarb i wyciągnąłem w jego stronę. - Chce go tylko na chwilę potrzymać.
   Spojrzeli na siebie a potem na mnie. Kurtka była kusząca, wiedziałem to. Otworzyłem w głowie plan budynku. W tym miejscu nie było żadnych kamer. Ukradkiem zwróciłem wzrok w kierunku Desmonta. Wychylał się zza rogu, tak, ze widoczna była tylko jego głowa. "Świetnie" pomyślałem. Znów patrzyłem na mężczyznę z mieczem. 
  -Dobra, za kurtkę. I będzie to dosłownie chwila.- Wyciągnął dłoń po kurtkę, a ja rzuciłem ją kilka metrów dalej. 
  -Chcę być pewien, że nie weźmie pan kurtki i odprawi mnie z kwitkiem. Znam takie numery. - Ubranie leżało mniej więcej w równej odległości między mną a nim. Spojrzał na mnie niechętnie. I wyciągnął miecz. 
  Musiałem w tamtej chwili wyglądać jak dziecko, które otrzymało wymarzoną zabawkę. Tak też było. Zawsze chciałem mieć takie cacko w ręce. Facet ruszył w stronę płaszcza. Szybko wyważyłem miecz w dłoni. Był ostry jak brzytwa. Zrobiłem krótki, niby pokazowy, zamach. Miecz wbił się w szyje rudego. Trysnęła krew. Mężczyzna chwycił się za szyję, z ust wypływała mu czerwona piana, w płucach coś bulgotało. Osunął się ciężko na kolana a potem padł na betonową uliczkę jak długi. Właściciel miecza nie zdążył dojść do należności gdy spostrzegł, że coś jest nie tak. Odwrócił się i zastał mnie z zakrwawionym mieczem w dłoni i kpiącym uśmieszkiem. Obok leżał jego kumpel w kałuży szkarłatnego płynu. Bez namysłu ruszył w moją stronę, wyciągnął nóż. Było źle. Nie umiałem władać bronią, a on, mimo że miał tylko krótki nożyk, był bardziej doświadczony. Chwyciłem miecz oburącz. Facet był wściekły. Zbliżał się do mnie z zawrotną prędkością. Czekałem na odpowiedni moment. Jeszcze chwilka, sekunda, pół sekundy. Teraz! Coś wewnątrz mnie krzyknęło. Szybkim ruchem ciałem na oślep przed sobą, na wysokości bioder. Spodziewałem się wszystkiego, oprócz tego co się stało. Miecz trafił właściciela w podbrzusze rozdzielając skórę, tworząc wielką szramę. Zdążył jednak zamachnąć nożem. Trafił mnie w ramie. Chciałem krzyczeć z bólu, ale wiedziałem, że nie mogę.  Zgiął się w pół i w tym momencie, końcem sił udało mi się wbić miecz w jego klatkę piersiową. Nie wydał żadnego dźwięku. Osunął się na ziemię, a gdy wyciągnąłem moją broń z jego ciała drgnął spazmatycznie. nie ruszał się, nie żył. Podszedłem do niego. Ramie bolało, ale nie był to paraliżujący ból. Nóż ciągle tkwił w moim ramieniu, więc nawet zbytnio nie krwawiłem. Jedną ręką odpiąłem pochwę od jego pasa i schowałem katanę. Zakręciło mi się w głowie, ale się opanowałem. Spojrzałem za siebie i zauważyłem Desmonta bladego jak ściana. Wyszczerzyłem się do niego i przywołałem krótkim gestem.
  -Musisz mi pomóc. Boję się, że zaraz zemdleję. -Powiedziałem, gdy już znalazł się obok mnie. Kiwnął głową i chwycił za rękojeść noża, chcąc go wyciągnąć z mojego ciała. - Stój! Nie wyciągaj go! Puki tkwi w ranie hamuje wypływ krwi. Jeśli go wyrwiesz, otworzysz ranę i się wykrwawię.
  -Cholera! To co mam zrobić!? Coś ty zrobił!? - był wściekły i przerażony jednocześnie.
  -Weź kurtkę i zmywamy się stąd. po drodze wstąpimy do Brabarossa. Tam wszyscy są urżnięci więc nawet nie zauważą, że weszliśmy. Spytasz barmana o apteczkę i jakoś w koncie się opatrzę. Pomożesz mi?
   Westchnął ciężko i skinął głową. Ruszył po moją kurtkę i zarzucił mi na ramiona. Skrzywiłem się lekko z bólu, gdy kurtka zahaczyła o sterczący nóż. Chwycił mnie za zdrową rękę i ruszyliśmy do baru. Nikt nas nie gonił. Nikt nie zauważył śmierci dwóch ochroniarzy. W myślach odhaczyłem dwa numerki: 2 i 3. Zawsze to mniej roboty na przyszłość.
   

niedziela, 17 maja 2015

Rozdział X

  Wena odpłynęła i nie wydaje mi się, żeby miała szybko wrócić :c  Ale muszę napisać, bo obiecałam sobie, że będę pisać. Dopiero teraz zauważyłam, że wątek troszkę zbyt się rozwinął i może zająć dość sporo czasu, zanim dojdę do czegoś konkretnego, bywa. Ale będę kontynuować w takim tempie w jakim zaczęłam. Miłego czytania. Pamiętajcie, każdy komentarz jest dla mnie wiele wart i niesamowicie motywuje do dalszego pisania ;)

*******************************************************************************
  -Ol... Oli...Oliwier!- Szarpnięcie. Błyskawicznie otworzyłem oczy. Gdzie byłem? Rozejrzałem się wciąż niezbyt przytomnie. Leżałem na twardym chodniku. Przede mną ktoś klęczał. Kto to był?
 -Całe szczęście, nic ci nie jest. Co tu robisz? Dobrze się czujesz? Co się w ogóle stało? -Głos brzmiał dziwnie znajomo. Zmrużyłem lekko oczy i dopiero po chwili rozpoznałem chłopaka przy mnie. Desmont. Na jego twarzy wciąż były siniaki przypominające o niedawnym pobiciu. Niedawnym... Cholera!
 -Który dzisiaj jest!? -Wstałem energicznie, co wywołało zawroty głowy. Chwyciłem się ramienia chłopaka. Poczułem lekko zarysowane mięśnie pod ciepłą bluzą. Patrzył na mnie z troską.
 -10 stycznia. Zniknąłeś 5 dni temu. Nawet nie wiesz jak się martwiłem. -Zmarszczyłem brwi i spojrzałem na niego podejrzliwie.
 -O mnie nikt się nie martwi.- Wymamrotałem. Mój głos brzmiał jakbym oświadczał mu że za chwilę go zabije. Idealnie.- Powinieneś mnie zostawić, twoja dziewczyna prawie mnie zabiła. Gdyby nie...- Za dużo gadam. Dlaczego przy nim tak dużo mówię? Przecież zawsze wszystko zostawało w mojej głowie. A teraz? Paplam jak jakaś pieprzona nastolatka.
 -Gdyby nie co? Jak niby moja dziewczyna mogła cię zabić? Nie rozumiem.
 -Bo jesteś tępy. -Wciąż z nim rozmawiałem? Po cholerę? Przecież.. -Gdybyś nie był idiotą to byś ze mną nie gadał. Proste.
    Wstałem bez jego pomocy. Widać działanie leku nasennego minęło. Nic mi nie było, ale wspomnienie miękkiego materaca pozostało. Zaraz... Kurtka!  Miałem ją na sobie i chyba tylko dzięki temu przeżyłem drzemkę na lodowatym chodniku. 
 -Słuchaj chcę po prostu szczerze pogadać i podziękować.
 -Heeeee? Podziękować? Za co? Przecież gdyby nie ja to do niczego by nie doszło?
 -Kurde, nie ułatwiasz, okej? Pomogłeś mi, gdyby nie ty to nie wiem co by mi zrobili. Koniec tematu, ok?
 -To ty zacząłeś tę rozmowę, nie ja. Możesz skończyć kiedy zechcesz.
        Włożyłem ręce do kieszeni i ruszyłem przed siebie. Zaraz mnie dogonił i wyrównał krok. Popatrzyłem na niego i mimowolnie lekko się uśmiechnąłem. Zauważył to i zaraz wyszczerzył zęby w odpowiedzi.
 -O co chodzi z Jeni? Znaczy z moją laską? Nie możliwe, żeby chciała coś ci zrobić. Ona...
 -Gdy wracałem ze szkoły stanęła mi na drodze. Zaczęła ryczeć, i prosić mnie, żebym się z tobą nie zadawał. Powiedziałem jej prawdę, czyli że to ty się przyczepiłeś -w tym momencie znowu się uśmiechnął, sukinsyn.- i że powinna pogadać ale z tobą. Jeszcze chwile się o coś kłóciłyśmy i dała mi w twarz. Miała jakiś pierścionek z igiełką, na którą coś wylała. Próbowała mnie otruć i...
 -Co cię uratowało?
 -Chyba tylko jej mała wiedza na temat trucizn. 
 -Nie wierzę... ale z tego wynika że.. nie przeżyłbyś 5 nocy na betonie. Ukrywasz coś?
 -Po pierwsze to nie jesteśmy jeszcze na tyle blisko, żebym mógł mówić ci całą prawdę a po drugie to muszę iść na 33 ulicę. Będziesz się za mną wlekł?
 -Nie idziesz do bidula? Nie powinieneś być głodny? Coś mi tu śmierdzi. I jeszcze 33 ulica, Oli coś jest nie tak. Ale idę, bo co będę robił. Mam czas a ty nie masz towarzystwa.
    Zatrzymałem się. Popatrzyłem na niego zimnym wzrokiem. Na prawdę był takim idiotą? 
 -Po co za mną łazisz? Próbujesz być miły, chcesz się zakumplować. Przyłapałem cię z tą twoją.. Jeni, tak? Powinieneś mnie mijać na korytarzach ze spuszczoną głową, odwracać wzrok, unikać jak ognia. Ale ty starasz się do mnie dotrzeć. Po co? Wiesz jakie będą konsekwencje, już je poznałeś albo raczej poczułeś.  Ni myślisz, że będzie lepiej jak po prostu odwrócisz się i pójdziesz w swoją stronę?
 -Może masz racje. -Mówił poważnie i patrzył mi prosto w oczy.- Ale zawsze jesteś sam. Nawet jeśli wszyscy cię omijają to gdy tylko znajdziesz się poza zasięgiem ich głosu sypią się obelgi, przezwiska, dziwne teorie. Nie zauważałem cię, nie wiedziałem ,że istniejesz aż do tego incydentu z Jeni. Masz racje, najpierw uciekałem, mijałem cię ze spuszczoną głową, chociaż ty i tak nie zwracałeś uwagi, jakby nic nie istniało. I wtedy zaintrygowały mnie te obelgi. Nikt z nich cię nie znał, ale każdy miał zdanie. Po tej krótkiej rozmowie w nocy okazało się, że większość złych słów jest sporo przesadzona. A poza tym, uwielbiam zagadki. Jesteś jedną wielką zagadką. Co tam siedzi pod blond włoskami? Odkryję to i dopiero wtedy zdecyduję, czy jesteś osobą godną uwagi czy nie.
    Patrzyłem na niego, starając się ukryć zdziwienie. Jaki normalny facet by coś takiego powiedział? A może po prostu ja jestem nienormalny, bo mi takie słowa nie przeszłyby przez gardło. Zacząłem się śmiać. Najpierw cicho, potem coraz głośniej. Ludzie mijali nas dziwnie się na mnie patrząc. Miałem wszystko gdzieś. Facet był na prawdę dziwny. Zanim się zorientowałem dostałem w twarz.
 -Przerażające. -Powiedział teatralnie. -mieliśmy iść na ulice 33, nie?
 -Ano, chodźmy. - Ten policzek mówił więcej niż cała wypowiedź Desmonta. Pomyślałem, że mogę mu zaufać. Ten ostatni raz będzie albo moim zwycięstwem albo porażką.

sobota, 9 maja 2015

Rozdział IX

  Muszę się za siebie wziąć i zacząć uczyć matmy ;_;  Ale jak mam się uczyć, kiedy w internetach tyle ciekawych rzeczy, na półce tyle ciekawych książek a w głowie tyle pomysłów na rozwój fabuły xD

***********************************************************************************
   Kiedy znowu się obudziłem czułem się o wiele lepiej. Otworzyłem energicznie oczy i zaspany usiadłem na łóżku. Mój wzrok od razu powędrował na mały stolik stojący obok, na którym leżała wielka misa z zupą. Nie miałem pojęcia co to była za zupa, ale pachniała nieziemsko. Rzuciłem się na jedzenie jak jakieś zwierze, bo w końcu nic nie jadłem od 3? 4dni? Zajęło mi to chwile, ale gdy już pochłonąłem posiłek odetchnąłem i zacząłem przyglądać się tajemniczemu miejscu, w którym się znalazłem. Tym razem nie było żywej duszy, nie licząc mnie. Naprzeciwko mojego posłania znajdowały się stare drewniane drzwi, z których farba odchodziła długimi paskami. Na prawym policzku poczułem lekki powiew wiatru, ale nie było tam okna. Nie! jednak było, ale z niewiadomych dla mnie przyczyn zostało zamurowane. Zostawiono tylko niewielką dziurę zapewniającą odpowiednią ilość świeżego powietrza w pomieszczeniu. Tylko czy to powietrze na prawdę było takie świeże? Czułem znajomą woń. Zapach, który kojarzył mi się jednocześnie z dzieciństwem i którego szczerze nienawidziłem. Jigoku. Nie wynieśli mnie z gorszej  części świata. Uśmiechnąłem się blado, wciąż byłem bardzo słaby. Przypomniał mi się incydent z dziewczyną Desmonta. To ona mnie otruła, byłem tego pewny, ale nie postarała się w doborze trucizny. Gdyby znała się na tym choć trochę i na prawdę chciała mnie zabić to już bym nie żył. Wstałem. Mięśnie odmawiały posłuszeństwa, ale trzymając się jedną ręką ściany udało mi się dojść do drewnianych drzwi. Chwyciłem za klamkę, niestety nie udało mi się ich otworzyć, byłem uwięziony. Mój wzrok powędrował do leżącej na ziemi czarnej kurtki. Powoli podszedłem i podniosłem ją. Wyciągnąłem z kieszenie małą karteczkę. Zrobiłem kilka słabych kroków i  znów siedziałem na łóżku. Rozwinąłem papier i zacząłem czytać.
   "Albert Frund, lat 47, urodzony i wychowany w Jigoku, nigdy nie był w Edenie. Przez swój majątek zyskał wysoka pozycję bossa jednego z najniebezpieczniejszych gangów. Otyły, prawdopodobnie cukrzyk. Płaci za ochronę własnej osoby.
   Andrew Kill lat 33, dowodzi grupą ochraniającą Frunda. Umięśniony, zadbany, niebezpieczny. Specjalizuje się w boksie i walce krótkim nożem. Pod jego jurysdykcją znajduje się 5 ochroniarzy, których imiona i nazwiska są na tyle nie istotne, że pozwoliłem sobie ich ponumerować:
1. Wysoki brunet, dość masywny, wiek około 25 lat. Lubi krwawe bójki i wykorzystywanie kobiet bez ich pozwolenia. Specjalizuje się w walce wręcz
2.Niski blondyn, szczupły, wiek około 30 lat. Bardzo szybki i zwinny, jest dumnym właścicielem lekkiego ale wyjątkowo ostrego miecza.
3.Rudy, niski, lekka nadwaga, wiek około 40 lat. Oprócz ochrony Frunda dorabia nielegalnie wyrabiając broń. Zawsze nosi przy sobie mini arsenał, trzeba na niego wyjątkowo uważać.
4.Wysoki szatyn, umięśniony ale szczupły, wiek około 20 lat. Jest najmłodszy, łatwo daje się ponieść emocjom, choleryk, działa bez jakiegokolwiek planu, byleby osiągnąć cel.
5.Kobieta, niska szatynka, lat około 29. Jest głównym mózgiem całej bandy ale potrafi sama o siebie zadbać, biegle posługuje się nożami do rzucania. "
     Przerażające-pomyślałem- zdobyli tyle informacji. A jeśli dowiedzenie się praktycznie wszystkiego o Frundzie nie stanowiło dla nich żadnego problemu, to najprawdopodobniej mnie też obserwują. Cholera. Wydaje mi się, że sam sobie kopie grób. 
  "Siedziba Frunda znajduje się na 33 ulicy w starym budynku tuż obok burdelu. Spędza tam około 3h dziennie zajmując się papierkową robotą i finansami całej bandy. większość dnia spędza w domu, którego lokalizacja jest wyjątkowo dobrze strzeżoną tajemnicą. Frund pojawia się w mieście zazwyczaj koło 8.00 rano, następnie po małym obchodzie centrum udaje się do swojej siedziby , z której wychodzi zazwyczaj około 13.00. Po kilku spotkaniach udaje się do domu. Często odchodzi od codziennego planu pracy, nie wraca na noc do domu, nie przychodzi do głównej siedziby lub w ogóle nie pojawia się w centrum przez cały dzień. "
   Tyle informacji. Przeszedł mnie chłodny dreszcz. Na kartce było jeszcze sporo innych informacji. Struktura "siedziby" wszystkie wejścia, szyby wentylacyjne, okna, systemy alarmowe (raczej nie działająca ale nigdy nic nie wiadomo). Wszystko. Dlaczego, skoro mieli tyle informacji sami nie mogli go zabić? Czemu ja? W głowie roiło się od pytań. Postanowiłem jednak wszystko rozwikłać sam. Dopóki będą dawać mi pieniądze nie powinienem angażować się w ich sprawy, a przynajmniej oni powinni sądzić, że się nie węszę. Wziąłem głęboki wdech, zacisnąłem świstek papieru w dłoni. Podszedłem do okna i spojrzałem przez małą dziurę w zamurowanym oknie. Nie udało mi się nic zobaczyć, była po prostu za mała. Znów usiadłem na łóżku. Myślałem. 
    Moje rozmyślania przerwał dźwięk otwieranego zamka w drzwiach. Gdy tylko drzwi się otworzyły spojrzałem w stronę wchodzącego mężczyzny. To nie był All tylko jego kumpel. Nie lubiłem go, wyglądał podejrzanie. Chociaż w sumie sam byłem teraz dość podejrzanym typkiem.
 -Obudziłeś się blondi. -Stwierdził. Jego głos był zimny. Jak lód. Podszedł do mnie zdecydowanym krokiem i chwycił mnie za włosy. - Gdybyś spał ułatwiłbyś nam robotę. Musimy wydawać na ciebie mnóstwo pieniędzy, a nie tak to miało wyglądać. Jesteś dla nas jednocześnie problemem, ale All twierdzi, ze również jedynym ratunkiem. Zabawne, prawda? Taka ciota jak ty może nam jakoś pomóc? Śmieszne.
   Bolało, gdy szarpał moje dość długie włosy. Ale na słowo "ciota" zmrużyłem oczy. Poczułem przypływ nienawiści, złości. Nie chciałem reagować, dopóki nie dowiem się czego chce. Nauczyłem się w ciągu ostatnich tygodni czegoś, co zawsze było moją słabością, czegoś, czego nigdy nie miałem. Stałem się cierpliwy. Parzyłem mu prosto w oczy. Uśmiechnął się.
 -Ty nawet nie domyślasz się o co może na prawdę chodzić, ale dobrze. Gdybyś wiedział to...- nie skończył, obrócił głowę i spojrzał za siebie. Nikogo tam nie było. 
   Albo był na prawdę głupi albo chciał mnie wciągać w jakąś chorą grę. Tym, co właśnie powiedział utwierdził mnie w przekonaniu, że powinienem dowiedzieć się o tych dwóch jak najwięcej. A może nie był takim idiotą na jakiego wyglądał? Może chciał, żebym zaczął węszyć. Może to była pułapka. Cholera! Jak miałem to rozegrać? 
  -Wychodzimy- syknął mi prosto w twarz. Szybkim ruchem ręki wbił mi coś w ramie. Nie zdążyłem zareagować, wciąż byłem słaby. Gdy tylko wyciągnął strzykawkę z mojego ciała poczułem niewyobrażalny ciężar, gdzieś w środku.  Oczy zaczęły mi się zamykać, mięśnie stały się wiotkie i niezdolne do utrzymania mojego ciężaru. Upadłbym, gdyby mnie nie trzymał. Teraz dotarło do mnie co się działo. Przypomniały mi się słowa Alla "Nie mogę ci powiedzieć gdzie jesteś, ale mogę powiedzieć co się stało". Lek usypiający. Miejsce w którym się znajdowałem, nie chcieli dopuścić, abym mógł domyślić się czegokolwiek o jego lokalizacji. Jeśli będę spał nie ma mowy, żebym zauważył cokolwiek, gdy mnie będą wynosić. Sprytne i brutalne jednocześnie. Zasnąłem.

niedziela, 3 maja 2015

Rozdział VIII

   Krótka przerwa, wybaczcie ale przed maturami miałam w szkole małą masakrę, ale teraz długi weekend, więc może oprócz tego rozdziału uda mi się jeszcze jeden wrzucić. Przy okazji pracuję nad one-shotem z paringiem z anime, ale to na razie tajemnica xD

 Miłego czytania <3

***********************************************************************************
    Ciepło, przyjemne ciepło otulało moje ciało. Uzależniające, kojące. Ciepło. Otulony w grubą kurtkę szedłem powoli wąskimi, brudnymi uliczkami. Uśmiechałem się. Już dawno nie czułem się tak dobrze. Byłem po prostu wesoły. Dobry humor?  Na mojej twarzy często gościł złośliwy uśmieszek, ale zazwyczaj byłem poważny. Życie nie było czymś, z czego mógłbym czerpać radość. Przynosiło raczej ból, cierpienie, zwątpienie. Ale teraz było inaczej. I pomyśleć, że jeden głupi przedmiot może kogoś uratować. Uratować przed ciemnością, którą każdy miał gdzieś głęboko wewnątrz siebie.
     Zamknąłem na chwile oczy, wciągnąłem w płuca mroźne powietrze i pierwszy raz w życiu ta czynność sprawiła mi tyle radości.
 - Czekałam na ciebie- lekko drżący kobiecy głos. Otworzyłem oczy przede mną stała drobna jasnowłosa dziewczyna, sporo niższa ode mnie. Widziałem ją już dwukrotnie, za każdym razem w dość niesprzyjających rozmowie okolicznościach. Jeszcze dzisiaj rano. Tak, ona była jedyną osobą, która próbowała ratować Desmonta. Jedyną oprócz mnie.  Patrzyłem na nią lodowatym wzrokiem. Cała rozpierająca mnie radość ulotniła się gdzieś i nie było po niej już śladu.
 - Masz do mnie jakąś sprawę?
 - Tak. Jedną i wydaje mi się, że wiesz jaką.
  -Nie mam bladego pojęcia - teatralnie rozłożyłem ręce. Zmierzyła mnie wzrokiem. Próbowała tego nie okazywać, ale się bała, widziałem to w jej brązowych oczach.
 -Chcę, żebyś zostawił Desmonta w spokoju. Nie odzywaj się do niego, nie zbliżaj, nawet na niego nie patrz. Rozumiesz o co mi chodzi?
 -Rozumiem, tylko jest jeden problem, wiesz? To on się do mnie przyczepił a nie ja do niego. Porozmawiaj z nim a nie ze mną. Myślę, że...
 -To nie jego wina! - wrzasnęła tak niespodziewanie, że moja maska obojętności rozpadła się w ułamku sekundy. - Gdyby cię nie było nie miałby żadnych problemów. To twoja wina, to twoja wina bo żyjesz. Powinieneś nigdy się nie urodzić! - uderzyła mnie w twarz, ukłucie.
    Poczułem coś dziwnego. Jakby ktoś rozżarzonym  kawałkiem metalu wypalił na wylot dziurę w moim ciele. Odruchowo spojrzałem w dól i chwyciłem się za brzuch, nie było śladu po żadnym skaleczeniu a co dopiero po poważnej ranie. Co się stało? Zachwiałem się na nogach. Świat zaczął wirować. Wyciągnąłem rękę w jej stronę, a ona patrzyła na mnie przerażona, musiałem wyglądać strasznie, odsunęła się kilka kroków. 
 -Pomóż mi...- wyszeptałem. Poczułem jak moje ciało uderza o chłodną ziemie. Było mi jednocześnie gorąco i zimno. Resztkami sił starałem się nie zamykać oczu, nie mogłem stracić przytomności. Ale nagle lodowata ziemia stała się taka wygodna, moje ciało było ciężkie, jakbym cały dzień ciężko pracował fizycznie, a przecież nic nie robiłem. Widziałem jak uciekała. Ciemność, "co się dzieje?". To była moja ostatnia myśl.
   
      Usłyszałem jakieś niewyraźne dźwięki, wszystko wydawało się takie ciężkie, a zwłaszcza powieki. Oddychałem z trudem a za każdym razem kiedy powietrze przepływało przez moje płuca czułem niewyobrażalny ból. Głos. Najpierw niewyraźny. Nawet nie starałem się wsłuchać w słowa, chciałem zasnąć. Podczas snu nic nie czułem, ani ciężaru mojego własnego ciała, ani bólu. Jednak jakby na przekór mnie słowa nabierały kształtu. Zaczynałem rozróżniać pojedyncze wyrazy. Rozmawiali. Kto? Rozpoznawałem jeden z głosów, ale nie potrafiłem przypomnieć sobie do kogo należał.
 -Nie powinieneś był go tu przyprowadzać. Sprowadzi na nas kłopoty, jestem tego pewien.
 -Już mamy kłopoty, a on jest prawdopodobnie jedyną osobą, która może nam pomóc.
 -Na pewno nie jedyną, po prostu jesteś leniwy All. Nie możesz znaleźć nikogo lepszego i trzymasz się wersji, że nikt nie może go zastąpić.
 -Słuchaj to nie tak...- urwał. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że otworzyłem oczy i od dłuższego czasu wpatrywałem się w dwie niewyraźne sylwetki. Nie potrafiłem zogniskować wzroku ale mimo to rozpoznałem jednego z nich. Jego głos wydawał mi się bliski, a twarz była młoda. Chociaż był sporo starszy ode mnie to nie można było nazwać go starym. Teraz oboje patrzyli na mnie. Kręciło mi się w głowie. Wszystko mnie bolało, próbowałem wstać.
 -Stój! - krzyknął mój "pracodawca". -Nie powinieneś wstawać. Leż i odpoczywaj.
 -Co się stał...- ręce, na których opierałem ciężar ciała ugięły się i upadłem na... miękki materac? Gdzie ja do cholery byłem?
 -Kurwa. Miał dla nas odwalić tylko czarną robotę, a teraz mamy szczeniaka na głowie, mimo że nic jeszcze nie zrobił. Chyba macie sobie do pogadania, wychodzę.- obcy mężczyzna szybkim krokiem wyszedł zatrzaskując za sobą drzwi. Mój wzrok błędnie krążył po pokoju. Nie mogłem się na niczym skupić, co tu się cholera działo? 
 -Pewnie jesteś lekko zdezorientowany. Rozumiem cię, nie mogę powiedzieć ci gdzie jesteś, ale mogę powiedzieć co się stało. Ktoś cię otruł 
  Otruł? Kiedy? Jak? Kto? Nagle olśnienie. Piekący policzek, Ukłucie. Podniosłem rękę w kierunku twarzy. Na policzku znajdowała się mała ranka, którą wyczułem opuszkami palców. Spojrzałem na stojącego obok mężczyznę. 
 -Dobrze kombinujesz młody. Nie wiem kto cie tak urządził, ale prawdopodobnie to skaleczenie jest wszystkiemu winne. Znalazłem się leżącego na ulicy. Jesteś mi potrzebny i to bardzo. Dlatego tu jesteś, dlatego jeszcze żyjesz. - Do czego byłem mu potrzebny? Przecież mógł wynająć każdego pierwszego lepszego małolata, ba nawet niejeden dorosły nie pogardziłby taką robotą. Porządne pieniądze. Ludzkie życie nie ma tu nic do rzeczy. Tylko dlaczego ja? Jeśli by się postarał to kolejki brudnych mieszkańców Jigoku  ustawiałby się by tylko spełnić jego żądanie. 
 -Czemu ja? -wymówiłem moje myśli na głos, z wielkim wysiłkiem. Patrzył na mnie zdziwiony. 
 -Nie wiesz czemu?- Jego oczy były okrągłe. Co go tak zaskoczyło? Przecież byłem jak każdy inny chłopak z ulicy. Wyróżniał mnie tylko kolor włosów i oczu, i sylwetka, i postawa. Dobra różniłem się ale tylko wyglądem. W środku byłem tak samo brudny jak wszyscy inni.
 -Ile spałem?
 -Jakieś trzy dni.- te słowa podziałały na mnie jak kubeł zimnej wody. Energicznie się podniosłem i usiadłem. Natychmiast tego pożałowałem. Mięśnie odmawiały współpracy. Resztkami sił udało mi się utrzymać ciało w pozycji siedzącej. Ciężko oddychałem. 
 -Zostaniesz tu kolejne trzy dni, potem odstawimy się do domu. Zaczniesz się przygotowywać do powierzonego zadania. Cholera potrzebuję cię!
  Masa pytań napłynęła do głowy. Powieki ciążyły, mięśnie drgały. Nie wytrzymałem. Poczułem tylko uderzenie ciała o miękki materac. Sen był prawdziwym ukojeniem.