Po co komu angielski. Dziękuję wszystkim, którzy odwiedzają tego bloga. Jesteście świetni i na prawdę motywujecie do dalszego pisania.
**********************************************************************************
Ulica 33. Wyglądała tak jak każda inna w Jigoku: brudna, zaśmiecona, co rusz pałętali się bezdomni. Koszmar. Ale jeden budynek się wyróżniał. Stali przed nim dwaj mężczyźni. Zatrzymałem się i przyglądałem im z pewnej odległości. Przypominałem sobie postacie odpisane na kartce, szukałem informacji w mojej głowie jakbym przeglądał książkę. Wszystko było wyraźne.
Już dawno to zauważyłem. Pamięć była moją mocną stroną. Gdy raz coś przeczytałem zostawało w mojej głowie. Znałem na pamięć wszystkie przeczytane gazety, książki, reklamy. To było zaskakujące i jednocześnie przydatne. Niezwykły talent niezwykłego człowieka - pomyślałem ironicznie. Jako dziecko nazywałem siebie geniuszem, biegałem po sierocińcu i dawałem pokazy swojej nieprzeciętnej umiejętności. Czułem się lepszy od wszystkich, inteligentniejszy, jakbym stał wyżej w tej parszywej hierarchii. To przekonanie trwało kilka lat, aż w końcu statek, którym byłem, natrafił na górę lodową. Max. Przeszedł mnie zimny dreszcz. Wspomnienia, które tak bardzo chciałem wyrzucić z pamięci zaczęły powracać. Sceny, których nie chciałem pamiętać. Miejsca pełne smutki. Osoba. Jedna osoba. Przez niego mój dar stał się przekleństwem, stoczyłem się, upadłem. Nie! Dosyć tego- skarciłem się w myślach. Czas wracać do rzeczywistości.
Skupiłem się na osiłkach przed drzwiami. Jeden z nich za pasem nosił miecz. "numer 2" w mojej głowie pojawiły się wszystkie informacje o nim. Jego towarzysz Miał nadwagę i był rudy "numer 3". Spojrzałem na Desmonta. Rozglądał się ciekawsko "jak małe dziecko" pomyślałem. Na mojej twarzy pojawił się nikły uśmiech. Może powinienem się otworzyć? Zaufać? Albo chociaż lepiej poznać. Trzymał się mnie, mimo że przeze mnie prawie został skopany na śmierć. Miałem wrażenie, ze coś we mnie pęka. Zawsze się chowałem, zamykałem. Istniałem obok wszystkiego, nie zawsze. Od czasu... Nie! Stop! Myśli schodzą na zły tor, znowu.
Ruszyłem w kierunku osiłków pilnujących wejścia. Desmont zdążył tylko machnąć rękami w bliżej niesprecyzowanym geście mającym mnie zatrzymać. Nie patrzyłem do tyłu. Podszedłem do faceta z miecem za pasem. Gwizdnąłem dość głośno z podziwem.
-Śliczne cacuszko. W dzisiejszych czasach mało kto używa broni białej, nie licząc noży. Gdzie taki zdobyłeś? -Mój wzrok miotał sie pomiędzy mieczem a zdziwioną twarzą mężczyzny. - Mogę go zobaczyć? W życiu czegoś takiego nie miałem w ręku.- Uśmiechnąłem się najpiękniej jak umiałem.
-Słuchaj młody, to nie jest zabawka. Lepiej zmykaj stąd zanim ktoś cię tu zobaczy, to niebezpieczna okolica.
-Jigoku to jedna wielka niebezpieczna okolica. Proszę no. Chcę zobaczyć tylko, czy jest ostry. O takich cudach tylko czytałem. Niech pan się nie da prosić. Sprzedam panu tę kurtkę. - Ostentacyjnie zdjąłem mój skarb i wyciągnąłem w jego stronę. - Chce go tylko na chwilę potrzymać.
Spojrzeli na siebie a potem na mnie. Kurtka była kusząca, wiedziałem to. Otworzyłem w głowie plan budynku. W tym miejscu nie było żadnych kamer. Ukradkiem zwróciłem wzrok w kierunku Desmonta. Wychylał się zza rogu, tak, ze widoczna była tylko jego głowa. "Świetnie" pomyślałem. Znów patrzyłem na mężczyznę z mieczem.
-Dobra, za kurtkę. I będzie to dosłownie chwila.- Wyciągnął dłoń po kurtkę, a ja rzuciłem ją kilka metrów dalej.
-Chcę być pewien, że nie weźmie pan kurtki i odprawi mnie z kwitkiem. Znam takie numery. - Ubranie leżało mniej więcej w równej odległości między mną a nim. Spojrzał na mnie niechętnie. I wyciągnął miecz.
Musiałem w tamtej chwili wyglądać jak dziecko, które otrzymało wymarzoną zabawkę. Tak też było. Zawsze chciałem mieć takie cacko w ręce. Facet ruszył w stronę płaszcza. Szybko wyważyłem miecz w dłoni. Był ostry jak brzytwa. Zrobiłem krótki, niby pokazowy, zamach. Miecz wbił się w szyje rudego. Trysnęła krew. Mężczyzna chwycił się za szyję, z ust wypływała mu czerwona piana, w płucach coś bulgotało. Osunął się ciężko na kolana a potem padł na betonową uliczkę jak długi. Właściciel miecza nie zdążył dojść do należności gdy spostrzegł, że coś jest nie tak. Odwrócił się i zastał mnie z zakrwawionym mieczem w dłoni i kpiącym uśmieszkiem. Obok leżał jego kumpel w kałuży szkarłatnego płynu. Bez namysłu ruszył w moją stronę, wyciągnął nóż. Było źle. Nie umiałem władać bronią, a on, mimo że miał tylko krótki nożyk, był bardziej doświadczony. Chwyciłem miecz oburącz. Facet był wściekły. Zbliżał się do mnie z zawrotną prędkością. Czekałem na odpowiedni moment. Jeszcze chwilka, sekunda, pół sekundy. Teraz! Coś wewnątrz mnie krzyknęło. Szybkim ruchem ciałem na oślep przed sobą, na wysokości bioder. Spodziewałem się wszystkiego, oprócz tego co się stało. Miecz trafił właściciela w podbrzusze rozdzielając skórę, tworząc wielką szramę. Zdążył jednak zamachnąć nożem. Trafił mnie w ramie. Chciałem krzyczeć z bólu, ale wiedziałem, że nie mogę. Zgiął się w pół i w tym momencie, końcem sił udało mi się wbić miecz w jego klatkę piersiową. Nie wydał żadnego dźwięku. Osunął się na ziemię, a gdy wyciągnąłem moją broń z jego ciała drgnął spazmatycznie. nie ruszał się, nie żył. Podszedłem do niego. Ramie bolało, ale nie był to paraliżujący ból. Nóż ciągle tkwił w moim ramieniu, więc nawet zbytnio nie krwawiłem. Jedną ręką odpiąłem pochwę od jego pasa i schowałem katanę. Zakręciło mi się w głowie, ale się opanowałem. Spojrzałem za siebie i zauważyłem Desmonta bladego jak ściana. Wyszczerzyłem się do niego i przywołałem krótkim gestem.
-Musisz mi pomóc. Boję się, że zaraz zemdleję. -Powiedziałem, gdy już znalazł się obok mnie. Kiwnął głową i chwycił za rękojeść noża, chcąc go wyciągnąć z mojego ciała. - Stój! Nie wyciągaj go! Puki tkwi w ranie hamuje wypływ krwi. Jeśli go wyrwiesz, otworzysz ranę i się wykrwawię.
-Cholera! To co mam zrobić!? Coś ty zrobił!? - był wściekły i przerażony jednocześnie.
-Weź kurtkę i zmywamy się stąd. po drodze wstąpimy do Brabarossa. Tam wszyscy są urżnięci więc nawet nie zauważą, że weszliśmy. Spytasz barmana o apteczkę i jakoś w koncie się opatrzę. Pomożesz mi?
Westchnął ciężko i skinął głową. Ruszył po moją kurtkę i zarzucił mi na ramiona. Skrzywiłem się lekko z bólu, gdy kurtka zahaczyła o sterczący nóż. Chwycił mnie za zdrową rękę i ruszyliśmy do baru. Nikt nas nie gonił. Nikt nie zauważył śmierci dwóch ochroniarzy. W myślach odhaczyłem dwa numerki: 2 i 3. Zawsze to mniej roboty na przyszłość.
piątek, 29 maja 2015
niedziela, 17 maja 2015
Rozdział X
Wena odpłynęła i nie wydaje mi się, żeby miała szybko wrócić :c Ale muszę napisać, bo obiecałam sobie, że będę pisać. Dopiero teraz zauważyłam, że wątek troszkę zbyt się rozwinął i może zająć dość sporo czasu, zanim dojdę do czegoś konkretnego, bywa. Ale będę kontynuować w takim tempie w jakim zaczęłam. Miłego czytania. Pamiętajcie, każdy komentarz jest dla mnie wiele wart i niesamowicie motywuje do dalszego pisania ;)
*******************************************************************************
-Ol... Oli...Oliwier!- Szarpnięcie. Błyskawicznie otworzyłem oczy. Gdzie byłem? Rozejrzałem się wciąż niezbyt przytomnie. Leżałem na twardym chodniku. Przede mną ktoś klęczał. Kto to był?
-Całe szczęście, nic ci nie jest. Co tu robisz? Dobrze się czujesz? Co się w ogóle stało? -Głos brzmiał dziwnie znajomo. Zmrużyłem lekko oczy i dopiero po chwili rozpoznałem chłopaka przy mnie. Desmont. Na jego twarzy wciąż były siniaki przypominające o niedawnym pobiciu. Niedawnym... Cholera!
-Który dzisiaj jest!? -Wstałem energicznie, co wywołało zawroty głowy. Chwyciłem się ramienia chłopaka. Poczułem lekko zarysowane mięśnie pod ciepłą bluzą. Patrzył na mnie z troską.
-10 stycznia. Zniknąłeś 5 dni temu. Nawet nie wiesz jak się martwiłem. -Zmarszczyłem brwi i spojrzałem na niego podejrzliwie.
-O mnie nikt się nie martwi.- Wymamrotałem. Mój głos brzmiał jakbym oświadczał mu że za chwilę go zabije. Idealnie.- Powinieneś mnie zostawić, twoja dziewczyna prawie mnie zabiła. Gdyby nie...- Za dużo gadam. Dlaczego przy nim tak dużo mówię? Przecież zawsze wszystko zostawało w mojej głowie. A teraz? Paplam jak jakaś pieprzona nastolatka.
-Gdyby nie co? Jak niby moja dziewczyna mogła cię zabić? Nie rozumiem.
-Bo jesteś tępy. -Wciąż z nim rozmawiałem? Po cholerę? Przecież.. -Gdybyś nie był idiotą to byś ze mną nie gadał. Proste.
Wstałem bez jego pomocy. Widać działanie leku nasennego minęło. Nic mi nie było, ale wspomnienie miękkiego materaca pozostało. Zaraz... Kurtka! Miałem ją na sobie i chyba tylko dzięki temu przeżyłem drzemkę na lodowatym chodniku.
-Słuchaj chcę po prostu szczerze pogadać i podziękować.
-Heeeee? Podziękować? Za co? Przecież gdyby nie ja to do niczego by nie doszło?
-Kurde, nie ułatwiasz, okej? Pomogłeś mi, gdyby nie ty to nie wiem co by mi zrobili. Koniec tematu, ok?
-To ty zacząłeś tę rozmowę, nie ja. Możesz skończyć kiedy zechcesz.
Włożyłem ręce do kieszeni i ruszyłem przed siebie. Zaraz mnie dogonił i wyrównał krok. Popatrzyłem na niego i mimowolnie lekko się uśmiechnąłem. Zauważył to i zaraz wyszczerzył zęby w odpowiedzi.
-O co chodzi z Jeni? Znaczy z moją laską? Nie możliwe, żeby chciała coś ci zrobić. Ona...
-Gdy wracałem ze szkoły stanęła mi na drodze. Zaczęła ryczeć, i prosić mnie, żebym się z tobą nie zadawał. Powiedziałem jej prawdę, czyli że to ty się przyczepiłeś -w tym momencie znowu się uśmiechnął, sukinsyn.- i że powinna pogadać ale z tobą. Jeszcze chwile się o coś kłóciłyśmy i dała mi w twarz. Miała jakiś pierścionek z igiełką, na którą coś wylała. Próbowała mnie otruć i...
-Co cię uratowało?
-Chyba tylko jej mała wiedza na temat trucizn.
-Nie wierzę... ale z tego wynika że.. nie przeżyłbyś 5 nocy na betonie. Ukrywasz coś?
-Po pierwsze to nie jesteśmy jeszcze na tyle blisko, żebym mógł mówić ci całą prawdę a po drugie to muszę iść na 33 ulicę. Będziesz się za mną wlekł?
-Nie idziesz do bidula? Nie powinieneś być głodny? Coś mi tu śmierdzi. I jeszcze 33 ulica, Oli coś jest nie tak. Ale idę, bo co będę robił. Mam czas a ty nie masz towarzystwa.
Zatrzymałem się. Popatrzyłem na niego zimnym wzrokiem. Na prawdę był takim idiotą?
-Po co za mną łazisz? Próbujesz być miły, chcesz się zakumplować. Przyłapałem cię z tą twoją.. Jeni, tak? Powinieneś mnie mijać na korytarzach ze spuszczoną głową, odwracać wzrok, unikać jak ognia. Ale ty starasz się do mnie dotrzeć. Po co? Wiesz jakie będą konsekwencje, już je poznałeś albo raczej poczułeś. Ni myślisz, że będzie lepiej jak po prostu odwrócisz się i pójdziesz w swoją stronę?
-Może masz racje. -Mówił poważnie i patrzył mi prosto w oczy.- Ale zawsze jesteś sam. Nawet jeśli wszyscy cię omijają to gdy tylko znajdziesz się poza zasięgiem ich głosu sypią się obelgi, przezwiska, dziwne teorie. Nie zauważałem cię, nie wiedziałem ,że istniejesz aż do tego incydentu z Jeni. Masz racje, najpierw uciekałem, mijałem cię ze spuszczoną głową, chociaż ty i tak nie zwracałeś uwagi, jakby nic nie istniało. I wtedy zaintrygowały mnie te obelgi. Nikt z nich cię nie znał, ale każdy miał zdanie. Po tej krótkiej rozmowie w nocy okazało się, że większość złych słów jest sporo przesadzona. A poza tym, uwielbiam zagadki. Jesteś jedną wielką zagadką. Co tam siedzi pod blond włoskami? Odkryję to i dopiero wtedy zdecyduję, czy jesteś osobą godną uwagi czy nie.
Patrzyłem na niego, starając się ukryć zdziwienie. Jaki normalny facet by coś takiego powiedział? A może po prostu ja jestem nienormalny, bo mi takie słowa nie przeszłyby przez gardło. Zacząłem się śmiać. Najpierw cicho, potem coraz głośniej. Ludzie mijali nas dziwnie się na mnie patrząc. Miałem wszystko gdzieś. Facet był na prawdę dziwny. Zanim się zorientowałem dostałem w twarz.
-Przerażające. -Powiedział teatralnie. -mieliśmy iść na ulice 33, nie?
-Ano, chodźmy. - Ten policzek mówił więcej niż cała wypowiedź Desmonta. Pomyślałem, że mogę mu zaufać. Ten ostatni raz będzie albo moim zwycięstwem albo porażką.
*******************************************************************************
-Ol... Oli...Oliwier!- Szarpnięcie. Błyskawicznie otworzyłem oczy. Gdzie byłem? Rozejrzałem się wciąż niezbyt przytomnie. Leżałem na twardym chodniku. Przede mną ktoś klęczał. Kto to był?
-Całe szczęście, nic ci nie jest. Co tu robisz? Dobrze się czujesz? Co się w ogóle stało? -Głos brzmiał dziwnie znajomo. Zmrużyłem lekko oczy i dopiero po chwili rozpoznałem chłopaka przy mnie. Desmont. Na jego twarzy wciąż były siniaki przypominające o niedawnym pobiciu. Niedawnym... Cholera!
-Który dzisiaj jest!? -Wstałem energicznie, co wywołało zawroty głowy. Chwyciłem się ramienia chłopaka. Poczułem lekko zarysowane mięśnie pod ciepłą bluzą. Patrzył na mnie z troską.
-10 stycznia. Zniknąłeś 5 dni temu. Nawet nie wiesz jak się martwiłem. -Zmarszczyłem brwi i spojrzałem na niego podejrzliwie.
-O mnie nikt się nie martwi.- Wymamrotałem. Mój głos brzmiał jakbym oświadczał mu że za chwilę go zabije. Idealnie.- Powinieneś mnie zostawić, twoja dziewczyna prawie mnie zabiła. Gdyby nie...- Za dużo gadam. Dlaczego przy nim tak dużo mówię? Przecież zawsze wszystko zostawało w mojej głowie. A teraz? Paplam jak jakaś pieprzona nastolatka.
-Gdyby nie co? Jak niby moja dziewczyna mogła cię zabić? Nie rozumiem.
-Bo jesteś tępy. -Wciąż z nim rozmawiałem? Po cholerę? Przecież.. -Gdybyś nie był idiotą to byś ze mną nie gadał. Proste.
Wstałem bez jego pomocy. Widać działanie leku nasennego minęło. Nic mi nie było, ale wspomnienie miękkiego materaca pozostało. Zaraz... Kurtka! Miałem ją na sobie i chyba tylko dzięki temu przeżyłem drzemkę na lodowatym chodniku.
-Słuchaj chcę po prostu szczerze pogadać i podziękować.
-Heeeee? Podziękować? Za co? Przecież gdyby nie ja to do niczego by nie doszło?
-Kurde, nie ułatwiasz, okej? Pomogłeś mi, gdyby nie ty to nie wiem co by mi zrobili. Koniec tematu, ok?
-To ty zacząłeś tę rozmowę, nie ja. Możesz skończyć kiedy zechcesz.
Włożyłem ręce do kieszeni i ruszyłem przed siebie. Zaraz mnie dogonił i wyrównał krok. Popatrzyłem na niego i mimowolnie lekko się uśmiechnąłem. Zauważył to i zaraz wyszczerzył zęby w odpowiedzi.
-O co chodzi z Jeni? Znaczy z moją laską? Nie możliwe, żeby chciała coś ci zrobić. Ona...
-Gdy wracałem ze szkoły stanęła mi na drodze. Zaczęła ryczeć, i prosić mnie, żebym się z tobą nie zadawał. Powiedziałem jej prawdę, czyli że to ty się przyczepiłeś -w tym momencie znowu się uśmiechnął, sukinsyn.- i że powinna pogadać ale z tobą. Jeszcze chwile się o coś kłóciłyśmy i dała mi w twarz. Miała jakiś pierścionek z igiełką, na którą coś wylała. Próbowała mnie otruć i...
-Co cię uratowało?
-Chyba tylko jej mała wiedza na temat trucizn.
-Nie wierzę... ale z tego wynika że.. nie przeżyłbyś 5 nocy na betonie. Ukrywasz coś?
-Po pierwsze to nie jesteśmy jeszcze na tyle blisko, żebym mógł mówić ci całą prawdę a po drugie to muszę iść na 33 ulicę. Będziesz się za mną wlekł?
-Nie idziesz do bidula? Nie powinieneś być głodny? Coś mi tu śmierdzi. I jeszcze 33 ulica, Oli coś jest nie tak. Ale idę, bo co będę robił. Mam czas a ty nie masz towarzystwa.
Zatrzymałem się. Popatrzyłem na niego zimnym wzrokiem. Na prawdę był takim idiotą?
-Po co za mną łazisz? Próbujesz być miły, chcesz się zakumplować. Przyłapałem cię z tą twoją.. Jeni, tak? Powinieneś mnie mijać na korytarzach ze spuszczoną głową, odwracać wzrok, unikać jak ognia. Ale ty starasz się do mnie dotrzeć. Po co? Wiesz jakie będą konsekwencje, już je poznałeś albo raczej poczułeś. Ni myślisz, że będzie lepiej jak po prostu odwrócisz się i pójdziesz w swoją stronę?
-Może masz racje. -Mówił poważnie i patrzył mi prosto w oczy.- Ale zawsze jesteś sam. Nawet jeśli wszyscy cię omijają to gdy tylko znajdziesz się poza zasięgiem ich głosu sypią się obelgi, przezwiska, dziwne teorie. Nie zauważałem cię, nie wiedziałem ,że istniejesz aż do tego incydentu z Jeni. Masz racje, najpierw uciekałem, mijałem cię ze spuszczoną głową, chociaż ty i tak nie zwracałeś uwagi, jakby nic nie istniało. I wtedy zaintrygowały mnie te obelgi. Nikt z nich cię nie znał, ale każdy miał zdanie. Po tej krótkiej rozmowie w nocy okazało się, że większość złych słów jest sporo przesadzona. A poza tym, uwielbiam zagadki. Jesteś jedną wielką zagadką. Co tam siedzi pod blond włoskami? Odkryję to i dopiero wtedy zdecyduję, czy jesteś osobą godną uwagi czy nie.
Patrzyłem na niego, starając się ukryć zdziwienie. Jaki normalny facet by coś takiego powiedział? A może po prostu ja jestem nienormalny, bo mi takie słowa nie przeszłyby przez gardło. Zacząłem się śmiać. Najpierw cicho, potem coraz głośniej. Ludzie mijali nas dziwnie się na mnie patrząc. Miałem wszystko gdzieś. Facet był na prawdę dziwny. Zanim się zorientowałem dostałem w twarz.
-Przerażające. -Powiedział teatralnie. -mieliśmy iść na ulice 33, nie?
-Ano, chodźmy. - Ten policzek mówił więcej niż cała wypowiedź Desmonta. Pomyślałem, że mogę mu zaufać. Ten ostatni raz będzie albo moim zwycięstwem albo porażką.
sobota, 9 maja 2015
Rozdział IX
Muszę się za siebie wziąć i zacząć uczyć matmy ;_; Ale jak mam się uczyć, kiedy w internetach tyle ciekawych rzeczy, na półce tyle ciekawych książek a w głowie tyle pomysłów na rozwój fabuły xD
***********************************************************************************
Kiedy znowu się obudziłem czułem się o wiele lepiej. Otworzyłem energicznie oczy i zaspany usiadłem na łóżku. Mój wzrok od razu powędrował na mały stolik stojący obok, na którym leżała wielka misa z zupą. Nie miałem pojęcia co to była za zupa, ale pachniała nieziemsko. Rzuciłem się na jedzenie jak jakieś zwierze, bo w końcu nic nie jadłem od 3? 4dni? Zajęło mi to chwile, ale gdy już pochłonąłem posiłek odetchnąłem i zacząłem przyglądać się tajemniczemu miejscu, w którym się znalazłem. Tym razem nie było żywej duszy, nie licząc mnie. Naprzeciwko mojego posłania znajdowały się stare drewniane drzwi, z których farba odchodziła długimi paskami. Na prawym policzku poczułem lekki powiew wiatru, ale nie było tam okna. Nie! jednak było, ale z niewiadomych dla mnie przyczyn zostało zamurowane. Zostawiono tylko niewielką dziurę zapewniającą odpowiednią ilość świeżego powietrza w pomieszczeniu. Tylko czy to powietrze na prawdę było takie świeże? Czułem znajomą woń. Zapach, który kojarzył mi się jednocześnie z dzieciństwem i którego szczerze nienawidziłem. Jigoku. Nie wynieśli mnie z gorszej części świata. Uśmiechnąłem się blado, wciąż byłem bardzo słaby. Przypomniał mi się incydent z dziewczyną Desmonta. To ona mnie otruła, byłem tego pewny, ale nie postarała się w doborze trucizny. Gdyby znała się na tym choć trochę i na prawdę chciała mnie zabić to już bym nie żył. Wstałem. Mięśnie odmawiały posłuszeństwa, ale trzymając się jedną ręką ściany udało mi się dojść do drewnianych drzwi. Chwyciłem za klamkę, niestety nie udało mi się ich otworzyć, byłem uwięziony. Mój wzrok powędrował do leżącej na ziemi czarnej kurtki. Powoli podszedłem i podniosłem ją. Wyciągnąłem z kieszenie małą karteczkę. Zrobiłem kilka słabych kroków i znów siedziałem na łóżku. Rozwinąłem papier i zacząłem czytać.
"Albert Frund, lat 47, urodzony i wychowany w Jigoku, nigdy nie był w Edenie. Przez swój majątek zyskał wysoka pozycję bossa jednego z najniebezpieczniejszych gangów. Otyły, prawdopodobnie cukrzyk. Płaci za ochronę własnej osoby.
Andrew Kill lat 33, dowodzi grupą ochraniającą Frunda. Umięśniony, zadbany, niebezpieczny. Specjalizuje się w boksie i walce krótkim nożem. Pod jego jurysdykcją znajduje się 5 ochroniarzy, których imiona i nazwiska są na tyle nie istotne, że pozwoliłem sobie ich ponumerować:
1. Wysoki brunet, dość masywny, wiek około 25 lat. Lubi krwawe bójki i wykorzystywanie kobiet bez ich pozwolenia. Specjalizuje się w walce wręcz
2.Niski blondyn, szczupły, wiek około 30 lat. Bardzo szybki i zwinny, jest dumnym właścicielem lekkiego ale wyjątkowo ostrego miecza.
3.Rudy, niski, lekka nadwaga, wiek około 40 lat. Oprócz ochrony Frunda dorabia nielegalnie wyrabiając broń. Zawsze nosi przy sobie mini arsenał, trzeba na niego wyjątkowo uważać.
4.Wysoki szatyn, umięśniony ale szczupły, wiek około 20 lat. Jest najmłodszy, łatwo daje się ponieść emocjom, choleryk, działa bez jakiegokolwiek planu, byleby osiągnąć cel.
5.Kobieta, niska szatynka, lat około 29. Jest głównym mózgiem całej bandy ale potrafi sama o siebie zadbać, biegle posługuje się nożami do rzucania. "
Przerażające-pomyślałem- zdobyli tyle informacji. A jeśli dowiedzenie się praktycznie wszystkiego o Frundzie nie stanowiło dla nich żadnego problemu, to najprawdopodobniej mnie też obserwują. Cholera. Wydaje mi się, że sam sobie kopie grób.
"Siedziba Frunda znajduje się na 33 ulicy w starym budynku tuż obok burdelu. Spędza tam około 3h dziennie zajmując się papierkową robotą i finansami całej bandy. większość dnia spędza w domu, którego lokalizacja jest wyjątkowo dobrze strzeżoną tajemnicą. Frund pojawia się w mieście zazwyczaj koło 8.00 rano, następnie po małym obchodzie centrum udaje się do swojej siedziby , z której wychodzi zazwyczaj około 13.00. Po kilku spotkaniach udaje się do domu. Często odchodzi od codziennego planu pracy, nie wraca na noc do domu, nie przychodzi do głównej siedziby lub w ogóle nie pojawia się w centrum przez cały dzień. "
Tyle informacji. Przeszedł mnie chłodny dreszcz. Na kartce było jeszcze sporo innych informacji. Struktura "siedziby" wszystkie wejścia, szyby wentylacyjne, okna, systemy alarmowe (raczej nie działająca ale nigdy nic nie wiadomo). Wszystko. Dlaczego, skoro mieli tyle informacji sami nie mogli go zabić? Czemu ja? W głowie roiło się od pytań. Postanowiłem jednak wszystko rozwikłać sam. Dopóki będą dawać mi pieniądze nie powinienem angażować się w ich sprawy, a przynajmniej oni powinni sądzić, że się nie węszę. Wziąłem głęboki wdech, zacisnąłem świstek papieru w dłoni. Podszedłem do okna i spojrzałem przez małą dziurę w zamurowanym oknie. Nie udało mi się nic zobaczyć, była po prostu za mała. Znów usiadłem na łóżku. Myślałem.
Moje rozmyślania przerwał dźwięk otwieranego zamka w drzwiach. Gdy tylko drzwi się otworzyły spojrzałem w stronę wchodzącego mężczyzny. To nie był All tylko jego kumpel. Nie lubiłem go, wyglądał podejrzanie. Chociaż w sumie sam byłem teraz dość podejrzanym typkiem.
-Obudziłeś się blondi. -Stwierdził. Jego głos był zimny. Jak lód. Podszedł do mnie zdecydowanym krokiem i chwycił mnie za włosy. - Gdybyś spał ułatwiłbyś nam robotę. Musimy wydawać na ciebie mnóstwo pieniędzy, a nie tak to miało wyglądać. Jesteś dla nas jednocześnie problemem, ale All twierdzi, ze również jedynym ratunkiem. Zabawne, prawda? Taka ciota jak ty może nam jakoś pomóc? Śmieszne.
Bolało, gdy szarpał moje dość długie włosy. Ale na słowo "ciota" zmrużyłem oczy. Poczułem przypływ nienawiści, złości. Nie chciałem reagować, dopóki nie dowiem się czego chce. Nauczyłem się w ciągu ostatnich tygodni czegoś, co zawsze było moją słabością, czegoś, czego nigdy nie miałem. Stałem się cierpliwy. Parzyłem mu prosto w oczy. Uśmiechnął się.
-Ty nawet nie domyślasz się o co może na prawdę chodzić, ale dobrze. Gdybyś wiedział to...- nie skończył, obrócił głowę i spojrzał za siebie. Nikogo tam nie było.
Albo był na prawdę głupi albo chciał mnie wciągać w jakąś chorą grę. Tym, co właśnie powiedział utwierdził mnie w przekonaniu, że powinienem dowiedzieć się o tych dwóch jak najwięcej. A może nie był takim idiotą na jakiego wyglądał? Może chciał, żebym zaczął węszyć. Może to była pułapka. Cholera! Jak miałem to rozegrać?
-Wychodzimy- syknął mi prosto w twarz. Szybkim ruchem ręki wbił mi coś w ramie. Nie zdążyłem zareagować, wciąż byłem słaby. Gdy tylko wyciągnął strzykawkę z mojego ciała poczułem niewyobrażalny ciężar, gdzieś w środku. Oczy zaczęły mi się zamykać, mięśnie stały się wiotkie i niezdolne do utrzymania mojego ciężaru. Upadłbym, gdyby mnie nie trzymał. Teraz dotarło do mnie co się działo. Przypomniały mi się słowa Alla "Nie mogę ci powiedzieć gdzie jesteś, ale mogę powiedzieć co się stało". Lek usypiający. Miejsce w którym się znajdowałem, nie chcieli dopuścić, abym mógł domyślić się czegokolwiek o jego lokalizacji. Jeśli będę spał nie ma mowy, żebym zauważył cokolwiek, gdy mnie będą wynosić. Sprytne i brutalne jednocześnie. Zasnąłem.
***********************************************************************************
Kiedy znowu się obudziłem czułem się o wiele lepiej. Otworzyłem energicznie oczy i zaspany usiadłem na łóżku. Mój wzrok od razu powędrował na mały stolik stojący obok, na którym leżała wielka misa z zupą. Nie miałem pojęcia co to była za zupa, ale pachniała nieziemsko. Rzuciłem się na jedzenie jak jakieś zwierze, bo w końcu nic nie jadłem od 3? 4dni? Zajęło mi to chwile, ale gdy już pochłonąłem posiłek odetchnąłem i zacząłem przyglądać się tajemniczemu miejscu, w którym się znalazłem. Tym razem nie było żywej duszy, nie licząc mnie. Naprzeciwko mojego posłania znajdowały się stare drewniane drzwi, z których farba odchodziła długimi paskami. Na prawym policzku poczułem lekki powiew wiatru, ale nie było tam okna. Nie! jednak było, ale z niewiadomych dla mnie przyczyn zostało zamurowane. Zostawiono tylko niewielką dziurę zapewniającą odpowiednią ilość świeżego powietrza w pomieszczeniu. Tylko czy to powietrze na prawdę było takie świeże? Czułem znajomą woń. Zapach, który kojarzył mi się jednocześnie z dzieciństwem i którego szczerze nienawidziłem. Jigoku. Nie wynieśli mnie z gorszej części świata. Uśmiechnąłem się blado, wciąż byłem bardzo słaby. Przypomniał mi się incydent z dziewczyną Desmonta. To ona mnie otruła, byłem tego pewny, ale nie postarała się w doborze trucizny. Gdyby znała się na tym choć trochę i na prawdę chciała mnie zabić to już bym nie żył. Wstałem. Mięśnie odmawiały posłuszeństwa, ale trzymając się jedną ręką ściany udało mi się dojść do drewnianych drzwi. Chwyciłem za klamkę, niestety nie udało mi się ich otworzyć, byłem uwięziony. Mój wzrok powędrował do leżącej na ziemi czarnej kurtki. Powoli podszedłem i podniosłem ją. Wyciągnąłem z kieszenie małą karteczkę. Zrobiłem kilka słabych kroków i znów siedziałem na łóżku. Rozwinąłem papier i zacząłem czytać.
"Albert Frund, lat 47, urodzony i wychowany w Jigoku, nigdy nie był w Edenie. Przez swój majątek zyskał wysoka pozycję bossa jednego z najniebezpieczniejszych gangów. Otyły, prawdopodobnie cukrzyk. Płaci za ochronę własnej osoby.
Andrew Kill lat 33, dowodzi grupą ochraniającą Frunda. Umięśniony, zadbany, niebezpieczny. Specjalizuje się w boksie i walce krótkim nożem. Pod jego jurysdykcją znajduje się 5 ochroniarzy, których imiona i nazwiska są na tyle nie istotne, że pozwoliłem sobie ich ponumerować:
1. Wysoki brunet, dość masywny, wiek około 25 lat. Lubi krwawe bójki i wykorzystywanie kobiet bez ich pozwolenia. Specjalizuje się w walce wręcz
2.Niski blondyn, szczupły, wiek około 30 lat. Bardzo szybki i zwinny, jest dumnym właścicielem lekkiego ale wyjątkowo ostrego miecza.
3.Rudy, niski, lekka nadwaga, wiek około 40 lat. Oprócz ochrony Frunda dorabia nielegalnie wyrabiając broń. Zawsze nosi przy sobie mini arsenał, trzeba na niego wyjątkowo uważać.
4.Wysoki szatyn, umięśniony ale szczupły, wiek około 20 lat. Jest najmłodszy, łatwo daje się ponieść emocjom, choleryk, działa bez jakiegokolwiek planu, byleby osiągnąć cel.
5.Kobieta, niska szatynka, lat około 29. Jest głównym mózgiem całej bandy ale potrafi sama o siebie zadbać, biegle posługuje się nożami do rzucania. "
Przerażające-pomyślałem- zdobyli tyle informacji. A jeśli dowiedzenie się praktycznie wszystkiego o Frundzie nie stanowiło dla nich żadnego problemu, to najprawdopodobniej mnie też obserwują. Cholera. Wydaje mi się, że sam sobie kopie grób.
"Siedziba Frunda znajduje się na 33 ulicy w starym budynku tuż obok burdelu. Spędza tam około 3h dziennie zajmując się papierkową robotą i finansami całej bandy. większość dnia spędza w domu, którego lokalizacja jest wyjątkowo dobrze strzeżoną tajemnicą. Frund pojawia się w mieście zazwyczaj koło 8.00 rano, następnie po małym obchodzie centrum udaje się do swojej siedziby , z której wychodzi zazwyczaj około 13.00. Po kilku spotkaniach udaje się do domu. Często odchodzi od codziennego planu pracy, nie wraca na noc do domu, nie przychodzi do głównej siedziby lub w ogóle nie pojawia się w centrum przez cały dzień. "
Tyle informacji. Przeszedł mnie chłodny dreszcz. Na kartce było jeszcze sporo innych informacji. Struktura "siedziby" wszystkie wejścia, szyby wentylacyjne, okna, systemy alarmowe (raczej nie działająca ale nigdy nic nie wiadomo). Wszystko. Dlaczego, skoro mieli tyle informacji sami nie mogli go zabić? Czemu ja? W głowie roiło się od pytań. Postanowiłem jednak wszystko rozwikłać sam. Dopóki będą dawać mi pieniądze nie powinienem angażować się w ich sprawy, a przynajmniej oni powinni sądzić, że się nie węszę. Wziąłem głęboki wdech, zacisnąłem świstek papieru w dłoni. Podszedłem do okna i spojrzałem przez małą dziurę w zamurowanym oknie. Nie udało mi się nic zobaczyć, była po prostu za mała. Znów usiadłem na łóżku. Myślałem.
Moje rozmyślania przerwał dźwięk otwieranego zamka w drzwiach. Gdy tylko drzwi się otworzyły spojrzałem w stronę wchodzącego mężczyzny. To nie był All tylko jego kumpel. Nie lubiłem go, wyglądał podejrzanie. Chociaż w sumie sam byłem teraz dość podejrzanym typkiem.
-Obudziłeś się blondi. -Stwierdził. Jego głos był zimny. Jak lód. Podszedł do mnie zdecydowanym krokiem i chwycił mnie za włosy. - Gdybyś spał ułatwiłbyś nam robotę. Musimy wydawać na ciebie mnóstwo pieniędzy, a nie tak to miało wyglądać. Jesteś dla nas jednocześnie problemem, ale All twierdzi, ze również jedynym ratunkiem. Zabawne, prawda? Taka ciota jak ty może nam jakoś pomóc? Śmieszne.
Bolało, gdy szarpał moje dość długie włosy. Ale na słowo "ciota" zmrużyłem oczy. Poczułem przypływ nienawiści, złości. Nie chciałem reagować, dopóki nie dowiem się czego chce. Nauczyłem się w ciągu ostatnich tygodni czegoś, co zawsze było moją słabością, czegoś, czego nigdy nie miałem. Stałem się cierpliwy. Parzyłem mu prosto w oczy. Uśmiechnął się.
-Ty nawet nie domyślasz się o co może na prawdę chodzić, ale dobrze. Gdybyś wiedział to...- nie skończył, obrócił głowę i spojrzał za siebie. Nikogo tam nie było.
Albo był na prawdę głupi albo chciał mnie wciągać w jakąś chorą grę. Tym, co właśnie powiedział utwierdził mnie w przekonaniu, że powinienem dowiedzieć się o tych dwóch jak najwięcej. A może nie był takim idiotą na jakiego wyglądał? Może chciał, żebym zaczął węszyć. Może to była pułapka. Cholera! Jak miałem to rozegrać?
-Wychodzimy- syknął mi prosto w twarz. Szybkim ruchem ręki wbił mi coś w ramie. Nie zdążyłem zareagować, wciąż byłem słaby. Gdy tylko wyciągnął strzykawkę z mojego ciała poczułem niewyobrażalny ciężar, gdzieś w środku. Oczy zaczęły mi się zamykać, mięśnie stały się wiotkie i niezdolne do utrzymania mojego ciężaru. Upadłbym, gdyby mnie nie trzymał. Teraz dotarło do mnie co się działo. Przypomniały mi się słowa Alla "Nie mogę ci powiedzieć gdzie jesteś, ale mogę powiedzieć co się stało". Lek usypiający. Miejsce w którym się znajdowałem, nie chcieli dopuścić, abym mógł domyślić się czegokolwiek o jego lokalizacji. Jeśli będę spał nie ma mowy, żebym zauważył cokolwiek, gdy mnie będą wynosić. Sprytne i brutalne jednocześnie. Zasnąłem.
niedziela, 3 maja 2015
Rozdział VIII
Krótka przerwa, wybaczcie ale przed maturami miałam w szkole małą masakrę, ale teraz długi weekend, więc może oprócz tego rozdziału uda mi się jeszcze jeden wrzucić. Przy okazji pracuję nad one-shotem z paringiem z anime, ale to na razie tajemnica xD
Miłego czytania <3
***********************************************************************************
Ciepło, przyjemne ciepło otulało moje ciało. Uzależniające, kojące. Ciepło. Otulony w grubą kurtkę szedłem powoli wąskimi, brudnymi uliczkami. Uśmiechałem się. Już dawno nie czułem się tak dobrze. Byłem po prostu wesoły. Dobry humor? Na mojej twarzy często gościł złośliwy uśmieszek, ale zazwyczaj byłem poważny. Życie nie było czymś, z czego mógłbym czerpać radość. Przynosiło raczej ból, cierpienie, zwątpienie. Ale teraz było inaczej. I pomyśleć, że jeden głupi przedmiot może kogoś uratować. Uratować przed ciemnością, którą każdy miał gdzieś głęboko wewnątrz siebie.
Zamknąłem na chwile oczy, wciągnąłem w płuca mroźne powietrze i pierwszy raz w życiu ta czynność sprawiła mi tyle radości.
- Czekałam na ciebie- lekko drżący kobiecy głos. Otworzyłem oczy przede mną stała drobna jasnowłosa dziewczyna, sporo niższa ode mnie. Widziałem ją już dwukrotnie, za każdym razem w dość niesprzyjających rozmowie okolicznościach. Jeszcze dzisiaj rano. Tak, ona była jedyną osobą, która próbowała ratować Desmonta. Jedyną oprócz mnie. Patrzyłem na nią lodowatym wzrokiem. Cała rozpierająca mnie radość ulotniła się gdzieś i nie było po niej już śladu.
- Masz do mnie jakąś sprawę?
- Tak. Jedną i wydaje mi się, że wiesz jaką.
-Nie mam bladego pojęcia - teatralnie rozłożyłem ręce. Zmierzyła mnie wzrokiem. Próbowała tego nie okazywać, ale się bała, widziałem to w jej brązowych oczach.
-Chcę, żebyś zostawił Desmonta w spokoju. Nie odzywaj się do niego, nie zbliżaj, nawet na niego nie patrz. Rozumiesz o co mi chodzi?
-Rozumiem, tylko jest jeden problem, wiesz? To on się do mnie przyczepił a nie ja do niego. Porozmawiaj z nim a nie ze mną. Myślę, że...
-To nie jego wina! - wrzasnęła tak niespodziewanie, że moja maska obojętności rozpadła się w ułamku sekundy. - Gdyby cię nie było nie miałby żadnych problemów. To twoja wina, to twoja wina bo żyjesz. Powinieneś nigdy się nie urodzić! - uderzyła mnie w twarz, ukłucie.
Poczułem coś dziwnego. Jakby ktoś rozżarzonym kawałkiem metalu wypalił na wylot dziurę w moim ciele. Odruchowo spojrzałem w dól i chwyciłem się za brzuch, nie było śladu po żadnym skaleczeniu a co dopiero po poważnej ranie. Co się stało? Zachwiałem się na nogach. Świat zaczął wirować. Wyciągnąłem rękę w jej stronę, a ona patrzyła na mnie przerażona, musiałem wyglądać strasznie, odsunęła się kilka kroków.
-Pomóż mi...- wyszeptałem. Poczułem jak moje ciało uderza o chłodną ziemie. Było mi jednocześnie gorąco i zimno. Resztkami sił starałem się nie zamykać oczu, nie mogłem stracić przytomności. Ale nagle lodowata ziemia stała się taka wygodna, moje ciało było ciężkie, jakbym cały dzień ciężko pracował fizycznie, a przecież nic nie robiłem. Widziałem jak uciekała. Ciemność, "co się dzieje?". To była moja ostatnia myśl.
Usłyszałem jakieś niewyraźne dźwięki, wszystko wydawało się takie ciężkie, a zwłaszcza powieki. Oddychałem z trudem a za każdym razem kiedy powietrze przepływało przez moje płuca czułem niewyobrażalny ból. Głos. Najpierw niewyraźny. Nawet nie starałem się wsłuchać w słowa, chciałem zasnąć. Podczas snu nic nie czułem, ani ciężaru mojego własnego ciała, ani bólu. Jednak jakby na przekór mnie słowa nabierały kształtu. Zaczynałem rozróżniać pojedyncze wyrazy. Rozmawiali. Kto? Rozpoznawałem jeden z głosów, ale nie potrafiłem przypomnieć sobie do kogo należał.
-Nie powinieneś był go tu przyprowadzać. Sprowadzi na nas kłopoty, jestem tego pewien.
-Już mamy kłopoty, a on jest prawdopodobnie jedyną osobą, która może nam pomóc.
-Na pewno nie jedyną, po prostu jesteś leniwy All. Nie możesz znaleźć nikogo lepszego i trzymasz się wersji, że nikt nie może go zastąpić.
-Słuchaj to nie tak...- urwał. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że otworzyłem oczy i od dłuższego czasu wpatrywałem się w dwie niewyraźne sylwetki. Nie potrafiłem zogniskować wzroku ale mimo to rozpoznałem jednego z nich. Jego głos wydawał mi się bliski, a twarz była młoda. Chociaż był sporo starszy ode mnie to nie można było nazwać go starym. Teraz oboje patrzyli na mnie. Kręciło mi się w głowie. Wszystko mnie bolało, próbowałem wstać.
-Stój! - krzyknął mój "pracodawca". -Nie powinieneś wstawać. Leż i odpoczywaj.
-Co się stał...- ręce, na których opierałem ciężar ciała ugięły się i upadłem na... miękki materac? Gdzie ja do cholery byłem?
-Kurwa. Miał dla nas odwalić tylko czarną robotę, a teraz mamy szczeniaka na głowie, mimo że nic jeszcze nie zrobił. Chyba macie sobie do pogadania, wychodzę.- obcy mężczyzna szybkim krokiem wyszedł zatrzaskując za sobą drzwi. Mój wzrok błędnie krążył po pokoju. Nie mogłem się na niczym skupić, co tu się cholera działo?
-Pewnie jesteś lekko zdezorientowany. Rozumiem cię, nie mogę powiedzieć ci gdzie jesteś, ale mogę powiedzieć co się stało. Ktoś cię otruł
Otruł? Kiedy? Jak? Kto? Nagle olśnienie. Piekący policzek, Ukłucie. Podniosłem rękę w kierunku twarzy. Na policzku znajdowała się mała ranka, którą wyczułem opuszkami palców. Spojrzałem na stojącego obok mężczyznę.
-Dobrze kombinujesz młody. Nie wiem kto cie tak urządził, ale prawdopodobnie to skaleczenie jest wszystkiemu winne. Znalazłem się leżącego na ulicy. Jesteś mi potrzebny i to bardzo. Dlatego tu jesteś, dlatego jeszcze żyjesz. - Do czego byłem mu potrzebny? Przecież mógł wynająć każdego pierwszego lepszego małolata, ba nawet niejeden dorosły nie pogardziłby taką robotą. Porządne pieniądze. Ludzkie życie nie ma tu nic do rzeczy. Tylko dlaczego ja? Jeśli by się postarał to kolejki brudnych mieszkańców Jigoku ustawiałby się by tylko spełnić jego żądanie.
-Czemu ja? -wymówiłem moje myśli na głos, z wielkim wysiłkiem. Patrzył na mnie zdziwiony.
-Nie wiesz czemu?- Jego oczy były okrągłe. Co go tak zaskoczyło? Przecież byłem jak każdy inny chłopak z ulicy. Wyróżniał mnie tylko kolor włosów i oczu, i sylwetka, i postawa. Dobra różniłem się ale tylko wyglądem. W środku byłem tak samo brudny jak wszyscy inni.
-Ile spałem?
-Jakieś trzy dni.- te słowa podziałały na mnie jak kubeł zimnej wody. Energicznie się podniosłem i usiadłem. Natychmiast tego pożałowałem. Mięśnie odmawiały współpracy. Resztkami sił udało mi się utrzymać ciało w pozycji siedzącej. Ciężko oddychałem.
-Zostaniesz tu kolejne trzy dni, potem odstawimy się do domu. Zaczniesz się przygotowywać do powierzonego zadania. Cholera potrzebuję cię!
Masa pytań napłynęła do głowy. Powieki ciążyły, mięśnie drgały. Nie wytrzymałem. Poczułem tylko uderzenie ciała o miękki materac. Sen był prawdziwym ukojeniem.
Miłego czytania <3
***********************************************************************************
Ciepło, przyjemne ciepło otulało moje ciało. Uzależniające, kojące. Ciepło. Otulony w grubą kurtkę szedłem powoli wąskimi, brudnymi uliczkami. Uśmiechałem się. Już dawno nie czułem się tak dobrze. Byłem po prostu wesoły. Dobry humor? Na mojej twarzy często gościł złośliwy uśmieszek, ale zazwyczaj byłem poważny. Życie nie było czymś, z czego mógłbym czerpać radość. Przynosiło raczej ból, cierpienie, zwątpienie. Ale teraz było inaczej. I pomyśleć, że jeden głupi przedmiot może kogoś uratować. Uratować przed ciemnością, którą każdy miał gdzieś głęboko wewnątrz siebie.
Zamknąłem na chwile oczy, wciągnąłem w płuca mroźne powietrze i pierwszy raz w życiu ta czynność sprawiła mi tyle radości.
- Czekałam na ciebie- lekko drżący kobiecy głos. Otworzyłem oczy przede mną stała drobna jasnowłosa dziewczyna, sporo niższa ode mnie. Widziałem ją już dwukrotnie, za każdym razem w dość niesprzyjających rozmowie okolicznościach. Jeszcze dzisiaj rano. Tak, ona była jedyną osobą, która próbowała ratować Desmonta. Jedyną oprócz mnie. Patrzyłem na nią lodowatym wzrokiem. Cała rozpierająca mnie radość ulotniła się gdzieś i nie było po niej już śladu.
- Masz do mnie jakąś sprawę?
- Tak. Jedną i wydaje mi się, że wiesz jaką.
-Nie mam bladego pojęcia - teatralnie rozłożyłem ręce. Zmierzyła mnie wzrokiem. Próbowała tego nie okazywać, ale się bała, widziałem to w jej brązowych oczach.
-Chcę, żebyś zostawił Desmonta w spokoju. Nie odzywaj się do niego, nie zbliżaj, nawet na niego nie patrz. Rozumiesz o co mi chodzi?
-Rozumiem, tylko jest jeden problem, wiesz? To on się do mnie przyczepił a nie ja do niego. Porozmawiaj z nim a nie ze mną. Myślę, że...
-To nie jego wina! - wrzasnęła tak niespodziewanie, że moja maska obojętności rozpadła się w ułamku sekundy. - Gdyby cię nie było nie miałby żadnych problemów. To twoja wina, to twoja wina bo żyjesz. Powinieneś nigdy się nie urodzić! - uderzyła mnie w twarz, ukłucie.
Poczułem coś dziwnego. Jakby ktoś rozżarzonym kawałkiem metalu wypalił na wylot dziurę w moim ciele. Odruchowo spojrzałem w dól i chwyciłem się za brzuch, nie było śladu po żadnym skaleczeniu a co dopiero po poważnej ranie. Co się stało? Zachwiałem się na nogach. Świat zaczął wirować. Wyciągnąłem rękę w jej stronę, a ona patrzyła na mnie przerażona, musiałem wyglądać strasznie, odsunęła się kilka kroków.
-Pomóż mi...- wyszeptałem. Poczułem jak moje ciało uderza o chłodną ziemie. Było mi jednocześnie gorąco i zimno. Resztkami sił starałem się nie zamykać oczu, nie mogłem stracić przytomności. Ale nagle lodowata ziemia stała się taka wygodna, moje ciało było ciężkie, jakbym cały dzień ciężko pracował fizycznie, a przecież nic nie robiłem. Widziałem jak uciekała. Ciemność, "co się dzieje?". To była moja ostatnia myśl.
Usłyszałem jakieś niewyraźne dźwięki, wszystko wydawało się takie ciężkie, a zwłaszcza powieki. Oddychałem z trudem a za każdym razem kiedy powietrze przepływało przez moje płuca czułem niewyobrażalny ból. Głos. Najpierw niewyraźny. Nawet nie starałem się wsłuchać w słowa, chciałem zasnąć. Podczas snu nic nie czułem, ani ciężaru mojego własnego ciała, ani bólu. Jednak jakby na przekór mnie słowa nabierały kształtu. Zaczynałem rozróżniać pojedyncze wyrazy. Rozmawiali. Kto? Rozpoznawałem jeden z głosów, ale nie potrafiłem przypomnieć sobie do kogo należał.
-Nie powinieneś był go tu przyprowadzać. Sprowadzi na nas kłopoty, jestem tego pewien.
-Już mamy kłopoty, a on jest prawdopodobnie jedyną osobą, która może nam pomóc.
-Na pewno nie jedyną, po prostu jesteś leniwy All. Nie możesz znaleźć nikogo lepszego i trzymasz się wersji, że nikt nie może go zastąpić.
-Słuchaj to nie tak...- urwał. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że otworzyłem oczy i od dłuższego czasu wpatrywałem się w dwie niewyraźne sylwetki. Nie potrafiłem zogniskować wzroku ale mimo to rozpoznałem jednego z nich. Jego głos wydawał mi się bliski, a twarz była młoda. Chociaż był sporo starszy ode mnie to nie można było nazwać go starym. Teraz oboje patrzyli na mnie. Kręciło mi się w głowie. Wszystko mnie bolało, próbowałem wstać.
-Stój! - krzyknął mój "pracodawca". -Nie powinieneś wstawać. Leż i odpoczywaj.
-Co się stał...- ręce, na których opierałem ciężar ciała ugięły się i upadłem na... miękki materac? Gdzie ja do cholery byłem?
-Kurwa. Miał dla nas odwalić tylko czarną robotę, a teraz mamy szczeniaka na głowie, mimo że nic jeszcze nie zrobił. Chyba macie sobie do pogadania, wychodzę.- obcy mężczyzna szybkim krokiem wyszedł zatrzaskując za sobą drzwi. Mój wzrok błędnie krążył po pokoju. Nie mogłem się na niczym skupić, co tu się cholera działo?
-Pewnie jesteś lekko zdezorientowany. Rozumiem cię, nie mogę powiedzieć ci gdzie jesteś, ale mogę powiedzieć co się stało. Ktoś cię otruł
Otruł? Kiedy? Jak? Kto? Nagle olśnienie. Piekący policzek, Ukłucie. Podniosłem rękę w kierunku twarzy. Na policzku znajdowała się mała ranka, którą wyczułem opuszkami palców. Spojrzałem na stojącego obok mężczyznę.
-Dobrze kombinujesz młody. Nie wiem kto cie tak urządził, ale prawdopodobnie to skaleczenie jest wszystkiemu winne. Znalazłem się leżącego na ulicy. Jesteś mi potrzebny i to bardzo. Dlatego tu jesteś, dlatego jeszcze żyjesz. - Do czego byłem mu potrzebny? Przecież mógł wynająć każdego pierwszego lepszego małolata, ba nawet niejeden dorosły nie pogardziłby taką robotą. Porządne pieniądze. Ludzkie życie nie ma tu nic do rzeczy. Tylko dlaczego ja? Jeśli by się postarał to kolejki brudnych mieszkańców Jigoku ustawiałby się by tylko spełnić jego żądanie.
-Czemu ja? -wymówiłem moje myśli na głos, z wielkim wysiłkiem. Patrzył na mnie zdziwiony.
-Nie wiesz czemu?- Jego oczy były okrągłe. Co go tak zaskoczyło? Przecież byłem jak każdy inny chłopak z ulicy. Wyróżniał mnie tylko kolor włosów i oczu, i sylwetka, i postawa. Dobra różniłem się ale tylko wyglądem. W środku byłem tak samo brudny jak wszyscy inni.
-Ile spałem?
-Jakieś trzy dni.- te słowa podziałały na mnie jak kubeł zimnej wody. Energicznie się podniosłem i usiadłem. Natychmiast tego pożałowałem. Mięśnie odmawiały współpracy. Resztkami sił udało mi się utrzymać ciało w pozycji siedzącej. Ciężko oddychałem.
-Zostaniesz tu kolejne trzy dni, potem odstawimy się do domu. Zaczniesz się przygotowywać do powierzonego zadania. Cholera potrzebuję cię!
Masa pytań napłynęła do głowy. Powieki ciążyły, mięśnie drgały. Nie wytrzymałem. Poczułem tylko uderzenie ciała o miękki materac. Sen był prawdziwym ukojeniem.
niedziela, 26 kwietnia 2015
Rozdział VII
Tam dadam! Jestem! Chwilkę mnie nie było, zabarykadowałam się w pokoju czytając "Hamleta". Nie wszystkie lektury szkolne... nie... nie wszystkie dramaty są straszne i niewarte czytania, uwierzcie mi. A teraz mała reklama bo obiecałam, a obietnic się dotrzymuje
1. fanpage: jeśli nie macie pomysłu co poczytać to możecie znaleźć coś dla siebie (yaoi <(*.*<) ) na https://www.facebook.com/OpowiadaniaYaoi?ref=ts&fref=ts
2. Jeśl szukacie jakiegoś dobrego bloga to polecam http://nie-tylko-yaoi-czlowiek-zyje.blogspot.com/?zx=fd8c9587bcd9979f
I to koniec ogłoszeń parafialnych. Zapraszam do czytania <3
************************************************************************************
Stał przed szkołą, tak jak się spodziewałem. Po lekcjach dzieciaki falami wylewały się z budynku szkoły. Dopiero teraz przeszedł mnie dreszcz. Szedłem w jego stronę by odebrać informacje o osobie, którą mam zabić. Wątpliwości zaczęły napływać do mojej głowy. Czas stanął w miejscu. Byłem tylko ja i moje myśli. Ludzkie życie.. czy naprawdę jestem kimś, kto może decydować o śmierci drugiego człowieka? Nie. Nie mam takiego prawa. Ale muszę przetrwać. Ktoś musi umrzeć, żebym ja mógł przeżyć. Selekcja naturalna, uda się tylko tym najsilniejszym, a ja byłem silny. Tylko czy zabić na zlecenie a zabić po to aby żyć to to samo? Z jednej strony tak. Zabójstwo jest zabójstwem i nie ważny jest motyw, bo w pewnej chwili kończy się istnienie człowieka jako rozumnej istoty, a zaczyna istnienie jako kupy mięsa. Ale z drugiej strony... W samoobronie człowiek jest zdolny do wszystkiego. Instynkt, wszystkie zmysły, całe ciało robi wszystko, żeby móc żyć, oddychać, jeść.
Czy ja mogę być bogiem śmierci? Mogę decydować o tym, kto przeżyje a kto nie? Zbyt skomplikowane. zbyt wyniosłe i patetyczne myśli. Robota to robota i jeśli chcę, żeby przestali nazywać mnie ciot to muszę zdobyć kasę. A żeby zarobić to trzeba pracować, nie ważne jak.
Odwrócił się w moja stronę. Stał w tym samym miejscu co wczoraj, w tej samej pozycji, z tym samym intrygującym uśmieszkiem. Rozejrzałem się dyskretnie i podszedłem do niego.
-Czyli jednak wczoraj nie kłamałeś? Bierzesz robotę? -Zapytał, był poważny, uśmiech zniknął, patrzył mi głęboko w moje niebieskie oczy.
-Potrzebuje kasy, potrzebuje stałej pracy. Taki książę jak ty nawet nie wyobraża sobie życia tutaj. Puki się uczę nie mam jak pracować a miejsc do pracy zbyt wielu w Jigoku nie ma. Wyobraź sobie siebie na moim miejscu i powiedz mi, czy mam wybór?
-Pamiętaj, że do tego dochodzi kwestia samodzielności. Mieszkasz w sierocińcu, tak?
- Widzę, że masz swoje źródła informacji- nie pokazałem tego ale byłem zaskoczony. po co się tego dowiadywał, po co dowiadywał się czegoś o mnie? Przecież miałem tylko wykonać robotę.
-O ile mi wiadomo- kontynuował nie zwracając uwagi na moje wtrącenie- w sierocińcu dzieciaki mogą mieszkać do 18 roku życia. Jesteś w 1 liceum więc za mniej więcej rok wywalą cię z bidula, mam racje?
Miał. Nie myślałem o tym, aż do teraz. Cholera, miał racje! Przecież gdy tylko skończę 18 lat wywalą mnie na ulicę i już nikt mi nie da cieplutkiego obiadku. Bez pieniędzy umrę. A na chwilę obecną pieniędzy nie mam. Jeśli nie wezmę roboty marnie będzie wyglądała moja przyszłość. Cholera! Ja naprawdę nie miałem wyboru!
Panowała cisza, chwila w której wszystko analizowałem była krótka. Westchnąłem ciężko.
- Nie mięliśmy rozmawiać o mnie prawda?
-Racja, racja. Wybacz mi, po prostu się martwię- "o to czy uda mi się sprzątnąć kolesia, czy będziesz musiał dalej męczyć się z jego kumplami, prawda księżulku? " - nazywa się Albert Frund. Powinieneś go kojarzyć, jest bossem jednego z tutejszych gangów.
-Chodziło ci o Frunda! -powiedziałem, nieco zbyt głośno. Natychmiast opanowałem się i rozejrzałem. Dzieciak ze mnie. -Przecież on ma kupę forsy, a wierz co można mieć za forsę? Ochronę. Jeśli płaci im wystarczająco dużo, a wydaje mi się, że tak jest, to kolesie będą go pilnowali jak... nie ważne jak. W każdym razie prosisz mnie o praktycznie nie możliwe.
-Teoretycznie niemożliwe- poprawił mnie- słuchaj, gdyby było łatwo, koleś już by nie żył. Chcesz dużo kasy, dam ci ile zechcesz, masz czasu tyle, ile uznasz za potrzebne, chociaż wolałbym, żebyś się śpieszył.
- Dobra, dobra. Masz jeszcze jakieś informacje o nim? -wręczył mi dyskretnie świstek papieru.
- Tu masz wszystkie istotne wiadomości na jego temat.- schowałem kartkę do kieszeni spodni.- Mam coś jeszcze dla ciebie. - Dopiero teraz zauważyłem dość spore pudełko leżące obok jego nogi. Podniósł je szybkim ruchem i wręczył mi je.- Potraktuj to jako zaliczkę. Po prostu nie mogę patrzeć jak łazisz w samym swetrze przy tych mrozach.
Było zimno, miał racje, ale nie na tyle, żeby trząść się z zimna. Byłem do tego już przyzwyczajony. W sierocińcu nie było dużo cieplej niż tu. Ostrożnie położyłem paczkę na ziemi i otworzyłem. Oniemiałem. Wyciągnąłem z pudła czarną, zimową kurtkę, ze sztucznego tworzywa ocieplaną, z kapturem. Pewnie wielu może się to wydawać śmiesznie, ale prawie się popłakałem. Nigdy w życiu nie miałem takiego cuda w rękach a co dopiero na użytek własny. Zawsze było zimno, oprócz lata zawsze wszyscy marzli i ja nie byłem wyjątkiem. Ale ludzie się przyzwyczajają, z czasem uczą się funkcjonować bez ciepłych ubrań, zwłaszcza, że w takich warunkach się wychowali i to jedyna możliwość życia, której są świadomi.
Ubrałem kurtkę i po chwili poczułem przyjemne ciepło rozchodzące się po plecach. Szybko zapiąłem zamek z przodu i zaciągnąłem rękawy na dłonie. Było tak ciepło, tak cudownie. Uśmiechnąłem się promiennie, jak dziecko.Przetarłem rękawem oczy i odwróciłem się.
- Możesz na mnie liczyć powiedziałem stojąc plecami do niego i ruszyłem w moją stronę. Czułem, że stał jeszcze chwile w miejscu i odprowadzał mnie wzrokiem.
1. fanpage: jeśli nie macie pomysłu co poczytać to możecie znaleźć coś dla siebie (yaoi <(*.*<) ) na https://www.facebook.com/OpowiadaniaYaoi?ref=ts&fref=ts
2. Jeśl szukacie jakiegoś dobrego bloga to polecam http://nie-tylko-yaoi-czlowiek-zyje.blogspot.com/?zx=fd8c9587bcd9979f
I to koniec ogłoszeń parafialnych. Zapraszam do czytania <3
************************************************************************************
Stał przed szkołą, tak jak się spodziewałem. Po lekcjach dzieciaki falami wylewały się z budynku szkoły. Dopiero teraz przeszedł mnie dreszcz. Szedłem w jego stronę by odebrać informacje o osobie, którą mam zabić. Wątpliwości zaczęły napływać do mojej głowy. Czas stanął w miejscu. Byłem tylko ja i moje myśli. Ludzkie życie.. czy naprawdę jestem kimś, kto może decydować o śmierci drugiego człowieka? Nie. Nie mam takiego prawa. Ale muszę przetrwać. Ktoś musi umrzeć, żebym ja mógł przeżyć. Selekcja naturalna, uda się tylko tym najsilniejszym, a ja byłem silny. Tylko czy zabić na zlecenie a zabić po to aby żyć to to samo? Z jednej strony tak. Zabójstwo jest zabójstwem i nie ważny jest motyw, bo w pewnej chwili kończy się istnienie człowieka jako rozumnej istoty, a zaczyna istnienie jako kupy mięsa. Ale z drugiej strony... W samoobronie człowiek jest zdolny do wszystkiego. Instynkt, wszystkie zmysły, całe ciało robi wszystko, żeby móc żyć, oddychać, jeść.
Czy ja mogę być bogiem śmierci? Mogę decydować o tym, kto przeżyje a kto nie? Zbyt skomplikowane. zbyt wyniosłe i patetyczne myśli. Robota to robota i jeśli chcę, żeby przestali nazywać mnie ciot to muszę zdobyć kasę. A żeby zarobić to trzeba pracować, nie ważne jak.
Odwrócił się w moja stronę. Stał w tym samym miejscu co wczoraj, w tej samej pozycji, z tym samym intrygującym uśmieszkiem. Rozejrzałem się dyskretnie i podszedłem do niego.
-Czyli jednak wczoraj nie kłamałeś? Bierzesz robotę? -Zapytał, był poważny, uśmiech zniknął, patrzył mi głęboko w moje niebieskie oczy.
-Potrzebuje kasy, potrzebuje stałej pracy. Taki książę jak ty nawet nie wyobraża sobie życia tutaj. Puki się uczę nie mam jak pracować a miejsc do pracy zbyt wielu w Jigoku nie ma. Wyobraź sobie siebie na moim miejscu i powiedz mi, czy mam wybór?
-Pamiętaj, że do tego dochodzi kwestia samodzielności. Mieszkasz w sierocińcu, tak?
- Widzę, że masz swoje źródła informacji- nie pokazałem tego ale byłem zaskoczony. po co się tego dowiadywał, po co dowiadywał się czegoś o mnie? Przecież miałem tylko wykonać robotę.
-O ile mi wiadomo- kontynuował nie zwracając uwagi na moje wtrącenie- w sierocińcu dzieciaki mogą mieszkać do 18 roku życia. Jesteś w 1 liceum więc za mniej więcej rok wywalą cię z bidula, mam racje?
Miał. Nie myślałem o tym, aż do teraz. Cholera, miał racje! Przecież gdy tylko skończę 18 lat wywalą mnie na ulicę i już nikt mi nie da cieplutkiego obiadku. Bez pieniędzy umrę. A na chwilę obecną pieniędzy nie mam. Jeśli nie wezmę roboty marnie będzie wyglądała moja przyszłość. Cholera! Ja naprawdę nie miałem wyboru!
Panowała cisza, chwila w której wszystko analizowałem była krótka. Westchnąłem ciężko.
- Nie mięliśmy rozmawiać o mnie prawda?
-Racja, racja. Wybacz mi, po prostu się martwię- "o to czy uda mi się sprzątnąć kolesia, czy będziesz musiał dalej męczyć się z jego kumplami, prawda księżulku? " - nazywa się Albert Frund. Powinieneś go kojarzyć, jest bossem jednego z tutejszych gangów.
-Chodziło ci o Frunda! -powiedziałem, nieco zbyt głośno. Natychmiast opanowałem się i rozejrzałem. Dzieciak ze mnie. -Przecież on ma kupę forsy, a wierz co można mieć za forsę? Ochronę. Jeśli płaci im wystarczająco dużo, a wydaje mi się, że tak jest, to kolesie będą go pilnowali jak... nie ważne jak. W każdym razie prosisz mnie o praktycznie nie możliwe.
-Teoretycznie niemożliwe- poprawił mnie- słuchaj, gdyby było łatwo, koleś już by nie żył. Chcesz dużo kasy, dam ci ile zechcesz, masz czasu tyle, ile uznasz za potrzebne, chociaż wolałbym, żebyś się śpieszył.
- Dobra, dobra. Masz jeszcze jakieś informacje o nim? -wręczył mi dyskretnie świstek papieru.
- Tu masz wszystkie istotne wiadomości na jego temat.- schowałem kartkę do kieszeni spodni.- Mam coś jeszcze dla ciebie. - Dopiero teraz zauważyłem dość spore pudełko leżące obok jego nogi. Podniósł je szybkim ruchem i wręczył mi je.- Potraktuj to jako zaliczkę. Po prostu nie mogę patrzeć jak łazisz w samym swetrze przy tych mrozach.
Było zimno, miał racje, ale nie na tyle, żeby trząść się z zimna. Byłem do tego już przyzwyczajony. W sierocińcu nie było dużo cieplej niż tu. Ostrożnie położyłem paczkę na ziemi i otworzyłem. Oniemiałem. Wyciągnąłem z pudła czarną, zimową kurtkę, ze sztucznego tworzywa ocieplaną, z kapturem. Pewnie wielu może się to wydawać śmiesznie, ale prawie się popłakałem. Nigdy w życiu nie miałem takiego cuda w rękach a co dopiero na użytek własny. Zawsze było zimno, oprócz lata zawsze wszyscy marzli i ja nie byłem wyjątkiem. Ale ludzie się przyzwyczajają, z czasem uczą się funkcjonować bez ciepłych ubrań, zwłaszcza, że w takich warunkach się wychowali i to jedyna możliwość życia, której są świadomi.
Ubrałem kurtkę i po chwili poczułem przyjemne ciepło rozchodzące się po plecach. Szybko zapiąłem zamek z przodu i zaciągnąłem rękawy na dłonie. Było tak ciepło, tak cudownie. Uśmiechnąłem się promiennie, jak dziecko.Przetarłem rękawem oczy i odwróciłem się.
- Możesz na mnie liczyć powiedziałem stojąc plecami do niego i ruszyłem w moją stronę. Czułem, że stał jeszcze chwile w miejscu i odprowadzał mnie wzrokiem.
wtorek, 21 kwietnia 2015
Rozdział VI
Dzisiaj troszkę krócej, ale myślę, że nie jest źle ;) Pozdrawiam pewną osóbkę, która na pewno to czyta zamiast uczyć się matmy. Miłego :*
********************************************************************************
Stałem przed brudnym lustrem w jednej z niewielu łazienek w sierocińcu. Patrzyłem na moje niewyraźne odbicie. Patrzyłem sobie głęboko w oczy. Jednak myślami byłem gdzie indziej, daleko, poza granicami wyznaczonymi przez ciało. Krzyk. Pisk. Coś wyrwało mnie z zadumy. Odgłosy dochodziły zza drzwi, z korytarza. Te odgłosy były mi bardzo dobrze znane. Ktoś się z kimś napierdalał i to ostro. Obmyłem twarz chłodną wodą gdy usłyszałem lekko stłumiony przez drzwi krzyk.
- Desmont! Cholera! Zabijecie go!- Głos przepełniony bólem i strachem. Głos jakiejś dziewczyny. Desmont. W tej chwili coś do mnie dotarło. Jak postrzelony wybiegłem z łazienki w samych bokserkach, z mokrą głową. Prawe ramie ozdabiał tatuaż, z którym swego czasu miałem mnóstwo problemów. Kto w Jingoku dba o higienę i sterylność narzędzi? Przez pół roku bolało przy prawie każdym dotknięciu. Ale zniosłem to, nie miałem wyjścia, musiałem znieść. Owieczka. Pełna ironii. Ja ucieleśnienie agresji miałem wytatuowaną niegroźną owieczkę. Kochałem ten tatuaż.
Otworzyłem drzwi. Na korytarzu zgromadziło się już sporo dzieciaków, zainteresowanych nieprzewidzianą rozrywką. Wszyscy patrzyli w moją stronę. Prawie wszyscy. Pośród zgromadzonych leżał chłopak, ochraniający ramionami twarz i głowę. Nad nim stali dwaj starsi kolesie, którzy go kopali wykrzykując niezrozumiałe przezwiska. Jeszcze dziewczyna, którą jeszcze niedawno przyłapałem półnago w sypialni.
Groźnie zmrużyłem oczy. Baz większych problemów przedarłem się przez tłum i stanąłem tuż za plecami napastników.
-Teraz zadajesz się z tą ciotą? Pedałem pieprzonym.- Jeden z napastników kucał "przemawiając" do ofiary.
-Może sam wolisz chłopców a ta laska tylko dla picu, co?- Drugi chłopak w tym momencie odwrócił się, chcąc spojrzeć na dziewczynę. Napotkał mnie. Zamarł. Na jego twarzy malowało się przerażenie. Moja twarz znajdowała się ledwie metr od jego. "Pedał". Nie myślałem. Zbliżyłem się do niego jeszcze pól kroku. Nie ruszył się. Panowała grobowa cisza. Jeden szybki ruch. Moje usta spotkały się z jego ustami na ułamek sekundy. Odsunąłem się i obojętnie przetarłem wargi dłonią. cofnął się o krok i potknął o ciało leżącego Desmonda. Uśmiechnąłem się. Był to straszny uśmiech, przerażający.
-Teraz ty też jesteś pedałem.- Ton mojego głosu był obojętny, ale wyraz twarzy wprost emanował kpiną. - Wyglądasz jak jakaś cnotka, sory, nie chciałem cię doprowadzić do łez. Wstań.- żadnej reakcji. -WSTAWAJ!- wrzasnąłem. Posłuchał i w błyskawicznym tempie przywołał się do porządku stając przede mną i siląc się na nie przerażony wyraz twarzy. Poklepałem go lekko po policzku. Szybki zamach. Nie zdążył zareagować gdy dostał pięścią w twarz. Widziałem na ziemi krew, pewnie złamałem mu nos. Wpatrywał się w ziemię, nie podniósł wzroku.
-Ej, chyba nie będziesz płakał po takim czymś? - wyprostował się. Patrzył mi teraz w oczy. "Odważny jest, ale głupi" pomyślałem.- Wiesz, słyszałem, że nie ma znaczenia czy ktoś się rusza, czy od tygodnia jest tylko kupa mięsa, bo ty i tak będziesz chciał przeruchać. Ja może wyglądam na ciotę, ale ty nie wyglądasz na nekrofila, rozumiesz o co mi chodzi?
Nie poruszył się. Patrzył mi prosto w oczy. Wzruszyłem ramionami, wbiłem mu pieść w brzuch. Zgiął się w pół i klęknął próbując złapać oddech. Nawet się nie obejrzałem, wróciłem do łazienki po moje ciuchy. Ubrałem się i wyszedłem do szkoły.
********************************************************************************
Stałem przed brudnym lustrem w jednej z niewielu łazienek w sierocińcu. Patrzyłem na moje niewyraźne odbicie. Patrzyłem sobie głęboko w oczy. Jednak myślami byłem gdzie indziej, daleko, poza granicami wyznaczonymi przez ciało. Krzyk. Pisk. Coś wyrwało mnie z zadumy. Odgłosy dochodziły zza drzwi, z korytarza. Te odgłosy były mi bardzo dobrze znane. Ktoś się z kimś napierdalał i to ostro. Obmyłem twarz chłodną wodą gdy usłyszałem lekko stłumiony przez drzwi krzyk.
- Desmont! Cholera! Zabijecie go!- Głos przepełniony bólem i strachem. Głos jakiejś dziewczyny. Desmont. W tej chwili coś do mnie dotarło. Jak postrzelony wybiegłem z łazienki w samych bokserkach, z mokrą głową. Prawe ramie ozdabiał tatuaż, z którym swego czasu miałem mnóstwo problemów. Kto w Jingoku dba o higienę i sterylność narzędzi? Przez pół roku bolało przy prawie każdym dotknięciu. Ale zniosłem to, nie miałem wyjścia, musiałem znieść. Owieczka. Pełna ironii. Ja ucieleśnienie agresji miałem wytatuowaną niegroźną owieczkę. Kochałem ten tatuaż.
Otworzyłem drzwi. Na korytarzu zgromadziło się już sporo dzieciaków, zainteresowanych nieprzewidzianą rozrywką. Wszyscy patrzyli w moją stronę. Prawie wszyscy. Pośród zgromadzonych leżał chłopak, ochraniający ramionami twarz i głowę. Nad nim stali dwaj starsi kolesie, którzy go kopali wykrzykując niezrozumiałe przezwiska. Jeszcze dziewczyna, którą jeszcze niedawno przyłapałem półnago w sypialni.
Groźnie zmrużyłem oczy. Baz większych problemów przedarłem się przez tłum i stanąłem tuż za plecami napastników.
-Teraz zadajesz się z tą ciotą? Pedałem pieprzonym.- Jeden z napastników kucał "przemawiając" do ofiary.
-Może sam wolisz chłopców a ta laska tylko dla picu, co?- Drugi chłopak w tym momencie odwrócił się, chcąc spojrzeć na dziewczynę. Napotkał mnie. Zamarł. Na jego twarzy malowało się przerażenie. Moja twarz znajdowała się ledwie metr od jego. "Pedał". Nie myślałem. Zbliżyłem się do niego jeszcze pól kroku. Nie ruszył się. Panowała grobowa cisza. Jeden szybki ruch. Moje usta spotkały się z jego ustami na ułamek sekundy. Odsunąłem się i obojętnie przetarłem wargi dłonią. cofnął się o krok i potknął o ciało leżącego Desmonda. Uśmiechnąłem się. Był to straszny uśmiech, przerażający.
-Teraz ty też jesteś pedałem.- Ton mojego głosu był obojętny, ale wyraz twarzy wprost emanował kpiną. - Wyglądasz jak jakaś cnotka, sory, nie chciałem cię doprowadzić do łez. Wstań.- żadnej reakcji. -WSTAWAJ!- wrzasnąłem. Posłuchał i w błyskawicznym tempie przywołał się do porządku stając przede mną i siląc się na nie przerażony wyraz twarzy. Poklepałem go lekko po policzku. Szybki zamach. Nie zdążył zareagować gdy dostał pięścią w twarz. Widziałem na ziemi krew, pewnie złamałem mu nos. Wpatrywał się w ziemię, nie podniósł wzroku.
-Ej, chyba nie będziesz płakał po takim czymś? - wyprostował się. Patrzył mi teraz w oczy. "Odważny jest, ale głupi" pomyślałem.- Wiesz, słyszałem, że nie ma znaczenia czy ktoś się rusza, czy od tygodnia jest tylko kupa mięsa, bo ty i tak będziesz chciał przeruchać. Ja może wyglądam na ciotę, ale ty nie wyglądasz na nekrofila, rozumiesz o co mi chodzi?
Nie poruszył się. Patrzył mi prosto w oczy. Wzruszyłem ramionami, wbiłem mu pieść w brzuch. Zgiął się w pół i klęknął próbując złapać oddech. Nawet się nie obejrzałem, wróciłem do łazienki po moje ciuchy. Ubrałem się i wyszedłem do szkoły.
niedziela, 12 kwietnia 2015
Rozdział V
I jest kolejny rozdział! Ostatnio strasznie nie chce mi się pisać a dzisiaj ktoś wolał sprzątać niż wyjść ze mną na zewnątrz, a taka była piękna pogoda (wiem, że to czytasz xD) Sprzątanie to zło :c
**********************************************************************************
Obudził mnie hałas, zgiełk. Leniwie podniosłem powieki. Naokoło mnie wiele dzieciaków przygotowywało się do szkoły. Do szkoły? Szybko spojrzałem na zegar. Lekcje miały zacząć się o 8.00 a była już 7.30, zaspałem. Natychmiast się zerwałem i ruszyłem biegiem w stronę łazienki. Kolejka była nieziemsko długa. Stanąłem na końcu i czekałem zdenerwowany. Dlaczego budzik nie zadzwonił? A może zadzwonił. Cholera to wszystko przez te nocne rozmowy. Spóźnię się, już pierwszego dnia się spóźnię, zajebiście.
Usłyszałem jak ktoś mnie woła. Rozejrzałem się naokoło i zobaczyłem kogoś, kto machał do mnie z początku kolejki. Przyjrzałem się To był Desmont, chłopak przez którego zaspałem. Westchnąłem i podszedłem do niego.
-Zaspałeś? -bardziej stwierdził niż zapytał. Kiwnąłem lekko głową w odpowiedzi i spojrzałem leniwie na łańcuch ludzi. Dlaczego ze mną rozmawiał? Przecież powinien mnie unikać, powinien mijać mnie ze spuszczoną głową i czerwonymi policzkami. Zamiast tego stał tutaj i mówił do mnie. Mówił! Znowu odleciałem! - ..ina?
-Sorki, zamyśliłem się, mógłbyś powtórzyć?
-Często ci się to zdarza- zaśmiał się- pytałem czy to przeze mnie? Bo to ja wyciągnąłem cię w środku nocy. Na pogaduchy mi się zebrało. O której zaczynasz lekcje?
-O 8.00. Nie ma żadnej szansy, żebym zdążył.
- Jestem pierwszy w kolejce a lekcje zaczynam dopiero o 8.30. Możesz wejść przede mną.- patrzyłem na niego zdziwiony. Był dla mnie miły na pewno. Chciał być miły, nie robił tego z przymusu. Zazwyczaj byłem sam, ludzie mnie unikali lub specjalnie ignorowali. Jeszcze nikt z własnej woli nie próbował się ze mną za kumplować. Nie. Kiedyś, dawno. Miałem przyjaciela. Jedynego przyjaciela. Pewnego dnia zniknął. Po prostu się rozpłynął. Nie wiem co się z nim stało. Byłem mały więc nie wiele pamiętam, ale jednego jestem pewien, był jedyną osobą na świecie, którą mógłbym nazwać przyjacielem.
-Słuchaj, jeśli robisz to z poczucia winy, albo po prostu, żeby się pośmiać to odpuść sobie.- Mój głos był zimny, brzmiał twardo i agresywnie. Ale tym co mnie zdradziło było pewnie moje spojrzenie, pełne nadziei, kótra gdzieś wewnątrz mnie kiełkowała. To nie tak, że nie chciałem mieć nikogo bliskiego. Ja po prostu byłe przyzwyczajony do samotności. Bałem się, że nie będę umiał żyć w jakichkolwiek relacjach z drugą osobą. Zawsze sam. Nie dam sobą pomiatać. Nigdy. Zawsze sam. Ciche westchnienie.
- Ej, nie robię tego z poczucia winy. Chcę się zakumulować i tyle. Wiesz, wczoraj trochę o ciebie pytałem. Zawsze chodzisz sam więc...
-Więc się odpierdol!- nie chciałem krzyczeć, ale krzyknąłem. Wszyscy patrzyli w moją stronę. Ze zdziwieniem. Desmont stał jak wryty, a ja odwróciłem się na pięcie i już chciałem odejść, kiedy poczułem, że ktoś mnie chwycił za rękę.
-Sory...- prawie szepnął. Byłem naprawdę zaskoczony. Wiedziałem, że nie miał złych intencji, ale mimo to wyszarpnąłem rękę i odszedłem.
Byłem zły. Analizowałem już kolejny raz całą sytuację. Powinienem był po prostu go zignorować, nie odzywać się, odizolować.
Nawet się nie umyłem. Ubrałem gruby sweter i wyszedłem, nie chciałem się spóźnić do szkoły.
Gdy wychodziłem ze szkoły próbowali mnie otoczyć, znowu. Bliźniacy i Małecki. Wściekli. Ja ich zignorowałem. Na prawdę nie miałem ochoty na kłótnie czy bójki. Nagle zza budynku wyszedł mężczyzna, w szarym płaszczu, trochę starszy ode mnie, ale nie można było nazwać go starym. Znałem go. Na jego widok cała trojka, gotowa by mnie zabić, wycofała się i ruszyła w inną stronę. Moje błękitne oczy znów skupiły się na nim. Wczoraj mi pomógł chociaż nie miał ku temu powodów. Patrzył na mnie, czekał. Ruszyłem powoli w jego stronę. Stał plecami opierając się o stary budynek. Gdy tylko znalazłem się obok niego stanąłem w podobnej pozycji. Kilka chwil panowała cisza, ale nie taka niezręczna, świdrująca, drażniąca. Ta cisza zapowiadała, że za chwilę wydarzy się coś ważnego. Pełna napięcia, niepewności.
-Żyje- mężczyzna przerwał milczenie- a przynajmniej jeszcze wczoraj żył.
-Mam powiedzieć, że się cieszę? -słowa wyjątkowo łatwo wypływały ze mnie. To uczucie było dziwne. Ja, zawsze milczący swobodnie rozmawiałem z zupełnie obcym facetem.
-Nie. -chwila milczenia.- Jakbyś się postarał zabiłbyś go bez problemu.
-Wiem. Jeśli bym go zabił wyleciałbym z jednej z niewielu szkól w tym syfie, a tego nie chce.
-Widzę, że chcesz się kształcić. To rzadkość u chłopców w twoim wieku.- Popatrzył na mnie, chyba. Mój wzrok był utkwiony gdzieś daleko. Nie odpowiedziałem. -Mam dla ciebie pracę.- Tym razem ja popatrzyłem na niego zdziwiony. Pracę? - Jestem z Edenu, ale często tu bywam. Sam rozumiesz, tutaj za grosze ludzie zrobią dla mnie wszystko. To wielka oszczędność.
"Obleśne" pomyślałem. Jednocześnie chciałem z nim rozmawiać i uciec stąd jak najdalej. Czułem coś złego.
- Jaką robotę może miecz paniczyk dla takiego śmiecia jak ja? -Uśmiechnąłem się z ironią. Zaczynałem juz podejrzewać o co chodzi, ale bałem się tych podejrzeń, bałem się tego co zaraz powie, bałem się tego, czego on ode mnie będzie chciał. Przełknąłem ślinę.
- Nie masz wielu kumpli, prawda? Masz stare buty, nie nosisz sweter zamiast kurtki i nie umyłeś się dzisiaj ani pewnie nawet wczoraj. Wiesz co? Ludzie lgną do pieniędzy. Jeśli ktoś ma lepsze ciuchy od razu otaczany jest przez wianuszek "przyjaciół" gotowych oskubać go przy każdej nadarzającej się okazji. Ale niektórzy chcą tego. Wiesz dlaczego? Bo boją się samotności. A czego ty się boisz?
Patrzyłem mu głęboko w oczy. Czego ja się boję? "Słów, które zaraz wypowie ten facet" pomyślałem. nie byłem głupi. Znałem historie dziewczyn i chłopców, którzy zarabiali na niewyżytych mieszkańcach Edenu. Bałem się tego, co będzie chciał mi zaproponować. Bałem się, że nie będę w stanie odmówić. Odwróciłem wzrok. Mam uciec?
- Nie musisz uciekać.- Jakby czytał mi w myślach.- Nie jestem żadnym zboczeńcem... albo może? W sumie, to kto nie jest zboczony? - uśmiechnął się... ciepło? Tak, to był miły i ciepły uśmiech jakim mógłby obdarować ojciec syna. Spuściłem wzrok. W kąciku oka zakręciła się samotna łza. Ojciec? A co to takiego? Chwila słabości nie trwała długo, ale ją dostrzegł. - Słuchaj chłopcze. To, o co chcę cię prosić nie jest zbyt zgodne z prawem, ale tu przecież prawo nie istnieje. Wysłuchasz mnie?
-A mam wyjście? - Byłem ciekawy, bardzo ciekawy tego człowieka.
- Jak już wspomniałem żyję, mieszkam, pracuję w Edenie. Jednak często droga prowadziła mnie do tego piekła, które dla mnie było swego rodzaju niebem. Nie musisz rozumieć, ważnie, żebyś znal ogólny zarys. Tak więc, często tu bywałem. W końcu stało się nieuniknione. Moje relacje z pewnym z miejscowych gangów stały się dość... napięte? W każdym razie mam problem, bo nie mogę swobodnie poruszać się po ulicach Jingoku, a to nie jest mi na rękę. Trzeba się go pozbyć. Nie proponowałbym tego pierwszemu lepszemu szczeniakowi, ale ostatnio widziałem dzieciaka, który jednym ruchem prawie zabił starszego i silniejszego od siebie chłopca. A co było najdziwniejsze? Patrząc na krwawiącego napastnika po prostu się uśmiechał.
" Co on mi proponuje? Cholera, nie wiem czy nie wolałbym się z nim przespać dla świętego spokoju. Morderstwo?"
-Nie patrz tak na mnie. Powody mogę wydawać ci się błahe, ale nie znasz szczegółów i bardzo dobrze. Jutro podam ci dokładne dane i adres. Pytanie tylko, czy zgadzasz się? Jeśli obiecam najcieplejszą kurtkę jaką znajdę w Edenie?
-Nisko cenisz ludzkie życie... Kurtka? - Uśmiechałem się? Tak. Pełen ironii i ekscytacji uśmiech zagościł na mojej twarzy. Ktoś w końcu docenił to co umiem najlepiej. - Wszystkie zimowe części garderoby, ciepłą pierzynę i jeszcze 2000 perionów, z góry. I jeszcze gwarancja, że będą kolejne zlecenia, za które ja będę ustalał wynagrodzenie. Co ty na to?
Patrzył na mnie lekko uśmiechnięty. W jego jasnych oczach widziałem błysk.- Nie jesteś tani.
- To ludzkie życie jest drogie.
-Zgadzam się.- Uścisnęliśmy sobie dłonie i każdy poszedł w swoją stronę. Z mojej twarzy nie schodził uśmiech.
**********************************************************************************
Obudził mnie hałas, zgiełk. Leniwie podniosłem powieki. Naokoło mnie wiele dzieciaków przygotowywało się do szkoły. Do szkoły? Szybko spojrzałem na zegar. Lekcje miały zacząć się o 8.00 a była już 7.30, zaspałem. Natychmiast się zerwałem i ruszyłem biegiem w stronę łazienki. Kolejka była nieziemsko długa. Stanąłem na końcu i czekałem zdenerwowany. Dlaczego budzik nie zadzwonił? A może zadzwonił. Cholera to wszystko przez te nocne rozmowy. Spóźnię się, już pierwszego dnia się spóźnię, zajebiście.
Usłyszałem jak ktoś mnie woła. Rozejrzałem się naokoło i zobaczyłem kogoś, kto machał do mnie z początku kolejki. Przyjrzałem się To był Desmont, chłopak przez którego zaspałem. Westchnąłem i podszedłem do niego.
-Zaspałeś? -bardziej stwierdził niż zapytał. Kiwnąłem lekko głową w odpowiedzi i spojrzałem leniwie na łańcuch ludzi. Dlaczego ze mną rozmawiał? Przecież powinien mnie unikać, powinien mijać mnie ze spuszczoną głową i czerwonymi policzkami. Zamiast tego stał tutaj i mówił do mnie. Mówił! Znowu odleciałem! - ..ina?
-Sorki, zamyśliłem się, mógłbyś powtórzyć?
-Często ci się to zdarza- zaśmiał się- pytałem czy to przeze mnie? Bo to ja wyciągnąłem cię w środku nocy. Na pogaduchy mi się zebrało. O której zaczynasz lekcje?
-O 8.00. Nie ma żadnej szansy, żebym zdążył.
- Jestem pierwszy w kolejce a lekcje zaczynam dopiero o 8.30. Możesz wejść przede mną.- patrzyłem na niego zdziwiony. Był dla mnie miły na pewno. Chciał być miły, nie robił tego z przymusu. Zazwyczaj byłem sam, ludzie mnie unikali lub specjalnie ignorowali. Jeszcze nikt z własnej woli nie próbował się ze mną za kumplować. Nie. Kiedyś, dawno. Miałem przyjaciela. Jedynego przyjaciela. Pewnego dnia zniknął. Po prostu się rozpłynął. Nie wiem co się z nim stało. Byłem mały więc nie wiele pamiętam, ale jednego jestem pewien, był jedyną osobą na świecie, którą mógłbym nazwać przyjacielem.
-Słuchaj, jeśli robisz to z poczucia winy, albo po prostu, żeby się pośmiać to odpuść sobie.- Mój głos był zimny, brzmiał twardo i agresywnie. Ale tym co mnie zdradziło było pewnie moje spojrzenie, pełne nadziei, kótra gdzieś wewnątrz mnie kiełkowała. To nie tak, że nie chciałem mieć nikogo bliskiego. Ja po prostu byłe przyzwyczajony do samotności. Bałem się, że nie będę umiał żyć w jakichkolwiek relacjach z drugą osobą. Zawsze sam. Nie dam sobą pomiatać. Nigdy. Zawsze sam. Ciche westchnienie.
- Ej, nie robię tego z poczucia winy. Chcę się zakumulować i tyle. Wiesz, wczoraj trochę o ciebie pytałem. Zawsze chodzisz sam więc...
-Więc się odpierdol!- nie chciałem krzyczeć, ale krzyknąłem. Wszyscy patrzyli w moją stronę. Ze zdziwieniem. Desmont stał jak wryty, a ja odwróciłem się na pięcie i już chciałem odejść, kiedy poczułem, że ktoś mnie chwycił za rękę.
-Sory...- prawie szepnął. Byłem naprawdę zaskoczony. Wiedziałem, że nie miał złych intencji, ale mimo to wyszarpnąłem rękę i odszedłem.
Byłem zły. Analizowałem już kolejny raz całą sytuację. Powinienem był po prostu go zignorować, nie odzywać się, odizolować.
Nawet się nie umyłem. Ubrałem gruby sweter i wyszedłem, nie chciałem się spóźnić do szkoły.
Gdy wychodziłem ze szkoły próbowali mnie otoczyć, znowu. Bliźniacy i Małecki. Wściekli. Ja ich zignorowałem. Na prawdę nie miałem ochoty na kłótnie czy bójki. Nagle zza budynku wyszedł mężczyzna, w szarym płaszczu, trochę starszy ode mnie, ale nie można było nazwać go starym. Znałem go. Na jego widok cała trojka, gotowa by mnie zabić, wycofała się i ruszyła w inną stronę. Moje błękitne oczy znów skupiły się na nim. Wczoraj mi pomógł chociaż nie miał ku temu powodów. Patrzył na mnie, czekał. Ruszyłem powoli w jego stronę. Stał plecami opierając się o stary budynek. Gdy tylko znalazłem się obok niego stanąłem w podobnej pozycji. Kilka chwil panowała cisza, ale nie taka niezręczna, świdrująca, drażniąca. Ta cisza zapowiadała, że za chwilę wydarzy się coś ważnego. Pełna napięcia, niepewności.
-Żyje- mężczyzna przerwał milczenie- a przynajmniej jeszcze wczoraj żył.
-Mam powiedzieć, że się cieszę? -słowa wyjątkowo łatwo wypływały ze mnie. To uczucie było dziwne. Ja, zawsze milczący swobodnie rozmawiałem z zupełnie obcym facetem.
-Nie. -chwila milczenia.- Jakbyś się postarał zabiłbyś go bez problemu.
-Wiem. Jeśli bym go zabił wyleciałbym z jednej z niewielu szkól w tym syfie, a tego nie chce.
-Widzę, że chcesz się kształcić. To rzadkość u chłopców w twoim wieku.- Popatrzył na mnie, chyba. Mój wzrok był utkwiony gdzieś daleko. Nie odpowiedziałem. -Mam dla ciebie pracę.- Tym razem ja popatrzyłem na niego zdziwiony. Pracę? - Jestem z Edenu, ale często tu bywam. Sam rozumiesz, tutaj za grosze ludzie zrobią dla mnie wszystko. To wielka oszczędność.
"Obleśne" pomyślałem. Jednocześnie chciałem z nim rozmawiać i uciec stąd jak najdalej. Czułem coś złego.
- Jaką robotę może miecz paniczyk dla takiego śmiecia jak ja? -Uśmiechnąłem się z ironią. Zaczynałem juz podejrzewać o co chodzi, ale bałem się tych podejrzeń, bałem się tego co zaraz powie, bałem się tego, czego on ode mnie będzie chciał. Przełknąłem ślinę.
- Nie masz wielu kumpli, prawda? Masz stare buty, nie nosisz sweter zamiast kurtki i nie umyłeś się dzisiaj ani pewnie nawet wczoraj. Wiesz co? Ludzie lgną do pieniędzy. Jeśli ktoś ma lepsze ciuchy od razu otaczany jest przez wianuszek "przyjaciół" gotowych oskubać go przy każdej nadarzającej się okazji. Ale niektórzy chcą tego. Wiesz dlaczego? Bo boją się samotności. A czego ty się boisz?
Patrzyłem mu głęboko w oczy. Czego ja się boję? "Słów, które zaraz wypowie ten facet" pomyślałem. nie byłem głupi. Znałem historie dziewczyn i chłopców, którzy zarabiali na niewyżytych mieszkańcach Edenu. Bałem się tego, co będzie chciał mi zaproponować. Bałem się, że nie będę w stanie odmówić. Odwróciłem wzrok. Mam uciec?
- Nie musisz uciekać.- Jakby czytał mi w myślach.- Nie jestem żadnym zboczeńcem... albo może? W sumie, to kto nie jest zboczony? - uśmiechnął się... ciepło? Tak, to był miły i ciepły uśmiech jakim mógłby obdarować ojciec syna. Spuściłem wzrok. W kąciku oka zakręciła się samotna łza. Ojciec? A co to takiego? Chwila słabości nie trwała długo, ale ją dostrzegł. - Słuchaj chłopcze. To, o co chcę cię prosić nie jest zbyt zgodne z prawem, ale tu przecież prawo nie istnieje. Wysłuchasz mnie?
-A mam wyjście? - Byłem ciekawy, bardzo ciekawy tego człowieka.
- Jak już wspomniałem żyję, mieszkam, pracuję w Edenie. Jednak często droga prowadziła mnie do tego piekła, które dla mnie było swego rodzaju niebem. Nie musisz rozumieć, ważnie, żebyś znal ogólny zarys. Tak więc, często tu bywałem. W końcu stało się nieuniknione. Moje relacje z pewnym z miejscowych gangów stały się dość... napięte? W każdym razie mam problem, bo nie mogę swobodnie poruszać się po ulicach Jingoku, a to nie jest mi na rękę. Trzeba się go pozbyć. Nie proponowałbym tego pierwszemu lepszemu szczeniakowi, ale ostatnio widziałem dzieciaka, który jednym ruchem prawie zabił starszego i silniejszego od siebie chłopca. A co było najdziwniejsze? Patrząc na krwawiącego napastnika po prostu się uśmiechał.
" Co on mi proponuje? Cholera, nie wiem czy nie wolałbym się z nim przespać dla świętego spokoju. Morderstwo?"
-Nie patrz tak na mnie. Powody mogę wydawać ci się błahe, ale nie znasz szczegółów i bardzo dobrze. Jutro podam ci dokładne dane i adres. Pytanie tylko, czy zgadzasz się? Jeśli obiecam najcieplejszą kurtkę jaką znajdę w Edenie?
-Nisko cenisz ludzkie życie... Kurtka? - Uśmiechałem się? Tak. Pełen ironii i ekscytacji uśmiech zagościł na mojej twarzy. Ktoś w końcu docenił to co umiem najlepiej. - Wszystkie zimowe części garderoby, ciepłą pierzynę i jeszcze 2000 perionów, z góry. I jeszcze gwarancja, że będą kolejne zlecenia, za które ja będę ustalał wynagrodzenie. Co ty na to?
Patrzył na mnie lekko uśmiechnięty. W jego jasnych oczach widziałem błysk.- Nie jesteś tani.
- To ludzkie życie jest drogie.
-Zgadzam się.- Uścisnęliśmy sobie dłonie i każdy poszedł w swoją stronę. Z mojej twarzy nie schodził uśmiech.
Subskrybuj:
Posty (Atom)