wtorek, 24 listopada 2015

Info :)

I znowu mnie nie ma :c  Znaczy jestem ale nic nie dodaję xD
Postanowiłam napisać kilka informacji dla osób, które czytają mojego bloga i czekają na kolejne rozdziały (może są tu tacy, nadzieja matką głupich xD )
-Jeśli chodzi o główne opowiadanie to mam napisaną połowę kolejnego rozdziału ale nie mam weny, żeby napisać drugą połowę :/  Przyjdzie jeszcze trochę na to poczekać..
-Levi x Eren... spieprzyłam pierwszą część, próbowałam zrobić coś poważnego i jak zwykle nie wyszło, nie mam pomysłu jak mam kontynuować, żeby było w tym jakiekolwiek shounen-ai bo na razie jest z tym tu kiepsko :c
-Na nowe opo. też przyjdzie trochę poczekać, chyba że uda mi się zebrać w tym tygodniu to coś naskrobię.

No i to chyba tyle... Coś mi się wydaję, że trzeba będzie zmienić nazwę bloga bo shounen-ai tutaj praktycznie nie ma :c  Spróbuję się poprawić xD


W sumie bez sensu takie info, ale czemu nie xD

Pozdrawiam
Koneko :*

środa, 4 listopada 2015

Powrót?

 W pewnym sensie mogę powiedzieć, że wróciłam. Albo po prostu zmieniłam koncepcję. Bloga prowadzę... bądźmy szczerzy, bardzo nieregularnie. Sytuacja wygląda tak: bloga nie zawieszam, będzie prowadzony tak jak dotychczas czyli: jak przyjdzie wena to coś napiszę  xD
   Poza tym szykuję nowe opowiadanie, zupełnie z innej beczki. Dlaczego? Bo to ma być blog shounen ai, prawda? Puki co w moich wypocinach niewiele miłości męsko męskiej, a szkoda :c
   Tak więc szykuje się nowe opowiadanie, ale to będzie kontynuowane. Posty na pewno
nie będą pojawiać się regularnie, bo ja po prostu nie potrafię się zmusić do systematyczności. Jedna z moich licznych wad. 
  
   I jeszcze jedna prośba. Jeśli czytacie to komentujcie, nawet jeśli rozdzial był slaby wolę poznać szczerą opinię niż zastanawiać się, czy ktoś w ogóle czyta moje wypociny :c  To taka moja osobista prośba. I to tyle z mojej strony.

Przepraszam was za to, że musieliście czekać i za to, że w przyszłości będziecie musieli czekać. Mam nadzieję, że mi kiedyś wybaczycie ;_;

Pozdrawiam wszystkich 
Koneko :*

niedziela, 4 października 2015

Zawieszenie bloga

Bardzo przepraszam wszystkich tych, którzy zechcieli czytać moje wypociny. Powód? Mam wrażenie, że piszę na siłę, brakuje mi pomysłów i nie potrafię się zmusić, żeby usiąść i zacząć pisać. Jeszcze raz bardzo przepraszam. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że jeszcze wrócę do tej historii.  Przy okazji  zaczęłam prowadzić drugiego bloga o Magnusie i Alecu, więc jeśli ktoś chciałby linka to niech napisze do mnie na UwazajSmokCieGoni@interia.pl
   Na razie blog zostaje zawieszony na czas nieokreślony. 

Pozdrawiam wszystkich serdecznie.
  Koneko

sobota, 19 września 2015

Rozdział XV

Jak bardzo mi się nic nie chce... Jeszcze raz przepraszam za to, że nic nie pisałam, ale po prostu nie mogłam się zebrać :c Nie usprawiedliwia mnie to, ale dziękuję wszystkim którzy upomnieli mnie pod ostatnim postem... Naprawdę to dla Was udało mi się w końcu usiąść i dać z siebie wszystko... mam nadzieję, że wszystko ^^
***********************************************************************************

    Zaszło słońce. Mimo to na ulicach Jigoku wciąż było jasno. Zostało mi trochę kasy, ale nie chciałem się pokazywać w żadnym barze. Przycupnąłem na ławce przy ruchliwej "głównej" ulicy i czekałem, aż zrobi się spokojniej. Na co czekałem?  Z informacji, które dostałem wynikało, że Frund o tej porze już dawno grzeje się w swoim domku. Nie miałem pojęcia, gdzie ten dom się znajduję. Mogłem go dorwać tylko na 33ulicy ale spędzał tam tylko kilka godzin i zawsze w ciągu dnia. Westchnąłem cicho. Już się podjarałem, a tu wszystko okazało się klapą, przynajmniej dzisiaj. Nie zaplanowałem tego. "Takie rzeczy się planuje! Jak można być takim idiotą ?!" Zimny wiatr rozwiewał mi włosy. Zamknąłem oczy.
   Gdy je otworzyłem myślałem, że dostanę zawału. Stał przede mną Albert Frund a obok niego wysoki brunet. Stał i przyglądał mi się z dziwnie zaciekawionym wyrazem twarzy.
  Byłem przerażony. "A jeśli on wie? Jeśli przyszedł tu się mnie pozbyć? Co teraz? Co teraz?!" Starałem się uspokoić oddech, a kiedy w końcu mi się to udało Frund odezwał się do mnie.

-Skąd jesteś chłopcze?- Uśmiechnął się przyjaźnie. Zbyt przyjaźnie. Nie miałem wyboru, musiałem nawiązać rozmowę.

-Stąd, znaczy się z Jigoku, jeśli o to pytasz. - Zwróciłem się do niego na "ty" jakby był moim kolegom, jakbym był wyrachowanym bachorem ze slumsów, jakbym nie wiedział, kim on jest.

-A ta kurtka? Ciepła i jestem pewien, że nie kupiłeś jej tutaj. Skąd ją masz?

-Znalazłem w wodzie. Płynęła w rzece, tuż przy brzegu. Pomyślałem, że jeśli nie jest nikomu potrzebna to chociaż mi się przyda. -Skłamałem bez najmniejszego drgnienia. Umiałem kłamać i zawsze byłem zadowolony z tej umiejętności, którą wykształciłem w sobie praktyką. Gdy pierwszy raz skłamałem zauważyłem, że jest to na prawdę świetny sposób na ułatwienie sobie życia. Byłem wtedy jeszcze bachorem ale postanowiłem że będę pracował nad tym, alby nauczyć się robić to dobrze, łatwo i bez jakiegokolwiek zawahania. Zupełnie jakbym oddychał. W przeszłości często łapano mnie na kłamstwie i często za to karano ale dzięki temu mogłem się stawać coraz lepszy. Teraz z czystym sumieniem mogłem powiedzieć że jestem doskonałym kłamcą.Ta umiejętność po prostu przydawała się w życiu.

-Nie wiem czy mówisz prawdę z tą kurtką, ale w sumie nie ma innego wyjaśnienia na posiadanie takiego ubrania tu, w piekle. Chyba że... chyba, że jesteś z drugiego brzegu i masz tu, u nas, jakąś sprawę do załatwienia. Powiedz prawdę, to nic ci nie zrobię. -Zmarszczył brwi. Teraz wyglądał groźnie. Osiłek obok niego stał nieruchomo wpatrzony we mnie. Westchnąłem.

-Odkąd pamiętam mieszkam tu, wychowywałem się w bidulu.- Kłamstwo przychodziło mi z łatwością ale życie nauczyło mnie, że czasem lepiej powiedzieć prawdę ale tylko pod warunkiem, że nic się na tym nie straci. Nie miałem nic do stracenia.  Dotknąłem kosmyka włosów.- Naprawdę aż tak wyglądam na kogoś z Edenu? Kilka lepszych ubrań i przepuścili by mnie na lepszą stronę, prawda? -Uśmiechnąłem się zadziornie, ale po chwili z poważną miną wpatrywałem się w jego oczy. On przyglądał mi się uważnie, badał mnie wzrokiem. - Nawet sobie nie wyobrażasz jakie to uciążliwe, taka buźka, tu w Jigoku. Odkąd pamiętam byłem nazywany ciotą, albo paniczykiem. Przywykłem bo tutaj każdy jest mieszany z błotem. Ale wiesz co, pierwszy raz ktoś nie wierzy mi, że jestem wkurzającym bachorem wychowanym na ulicy.

-Przypominasz mi kogoś. Nie pamiętam kogo, ale jestem pewien, że już cię kiedyś widziałem.A może nie ciebie... Może po prostu spotkałem kiedyś kogoś podobnego, dziwne uczucie, nie sądzisz młodzieńcze?

Ruchem głowy wskazał osiłkowi, który mu towarzyszył, żeby zostawił nas samych. Mężczyzna lekko skinął  i oddalił się na taka odległość, żeby nie słyszeć rozmowy ale mieć swojego pracodawcę na oku. Przyglądałem mu się uważnie i zastanawiałem się co mogę zrobić. Kątem oka spojrzałem na Frunda, który niezdarnie siadał obok mnie. Był tak blisko, wystarczyło tak niewiele. Wyciągnąć nóż i poderżnąć mu gardło. Patrzyłem na ochroniarza i mijających nas ludzi. No właśnie, siedzieliśmy na jednej z bardziej ruchliwych ulic. Gdybym tu go zabił wszyscy widzieliby. Mój wygląd rzucał się w oczy i na pewno nie pożyłbym długo po takiej akcji. Potrzebowałem planu.

-Masz do mnie jakaś sprawę? - Zagadałem niby od niechcenia. - Od razu mogę zapewnić, że mimo wyglądu nie świadczę żadnych usług.

-Nie mam do ciebie żadnej sprawy. Po prostu gdy zobaczyłem cię siedzącego tu w samotności coś mnie tknęło, żeby podejść i porozmawiać.

-O czym? O pogodzie? Polityce? Kobietach? Na żadnym z tych tematów się nie znam więc raczej nie jestem ciekawym rozmówcą.

Zauważyłem, że wciąż badawczo mi się przygląda. Widział kiedyś podobnego? Przecież miałem informacje, że nie bywał w Edenie a ludzi podobnych do mnie można spotkać tylko tam, chyba. Patrzyłem w dal, ale czułem jego palący wzrok na mojej skórze. Zmarszczyłem brwi. - Mógłbyś się na mnie tak nie gapić? Skończyłeś "rozmawiać" więc chyba możesz już iść.

-Nie .- odpowiedział po krótkim milczeniu. -Nie podobasz mi się mały, jest w tobie coś dziwnego.

Usłyszałem bicie własnego serca. Tłukło się w klatce piersiowej tak głośno, że byłem pewien, że mój towarzysz również wszystko słyszy. Przełknąłem ślinę i starałem się uspokoić. Zauważyłem że ochroniarz do nas podchodzi, spojrzałem na Frunda. Nawet nie zauważyłem kiedy wstał. Patrzył teraz na mnie machnął ręką na ochroniarza nie spuszczając ze mnie wzroku.

-Idziesz ze mną- powiedział lodowatym tonem. Zamarłem. Nie zdążyłem się ruszyć gdy poczułem żelazny uścisk osiłka na moim ramieniu. - Nie spodziewam się odrzucenia mojego zaproszenia- dorzucił i ruszył przed siebie a brunet ciągnął mnie za nim. Nagle w mojej głowie pojawiła się iskierka nadziei. To moja szansa.

                                                                ***

Desmont siedział oparty o ścianę w składziku w bidulu. Otaczały go zniszczone przyrządy przeznaczone do sprzątania. Prawdopodobnie do sprzątania. Obok niego, pół leżąc, opierając się o niego siedziała Jeni. Jej jasne włosy opadały na nagie ramiona, przy każdym ruchu łaskotały go po plecach. Byli przykryci jedynie cienkim, zakurzonym kocem, ale nie było im zimno pomimo chłodu panującego w budynku. Chłopak rozejrzał się dookoła. Składzik był mały ale mieścili się tu bez problemu. Otaczające ich graty pokryte były cienką warstwą kurzu. Podłoga była brudna, a w kontach zapewne czaiły się stada pająków. Spojrzał z góry na Jeni. Jej przymknięte powieki, lekko rozchylone usta, delikatny oddech muskający jego ramię. Czuł bicie jej serca. Pochylił się lekko i ją pocałował. Uśmiechnęła się i spojrzała na niego swoimi ciemnymi oczami.

-Jeszcze ci mało? - spytała z nutą kpiny w głosie. Znał jej sposób mówienia, uwielbiał go. Ten drwiący ton przyprawiał go o dreszcze, ale nie strachu.

-Po prostu chciałem cię pocałować. Nie mogę? - na jego twarzy widać było udawane zdziwienie i lekki uśmieszek. Jeni zachichotała i znów przymknęła oczy wtulając się w niego.

-Mogę cię o coś zapytać? -Zaczęła dość niepewnie.

-Oczywiście, zawsze.- Odparł spoglądając na nią lekko zdziwiony.

-Chodzi mi o Oliviera. Tak nagle się z nim zaprzyjaźniłeś a nawet nie wiesz kim on jest. Chyba że wiesz? -Spojrzała mu prosto w oczy. Koc lekko zsunął się z jej biodra i Desmont zobaczył niewielki tatuaż. Nie, to nie był tatuaż. Róża była czerwona, jakby jaśniała w półmroku panującym w składziku. "Zupełnie jakby ktoś ją wypalił na jej skórze" pomyślał i zbladł na samą myśl. Jigoku było piekłem ale żeby aż tak? Chociaż... przecież on nie miał pojęcia co się dzieję w podziemiu, poza zasięgiem jego wzroku. Może miała jakieś problemy albo.... Róża była naprawdę piękna. Może to ozdoba. Jak tatuaż. Może nie wypalona ale wykonana jakąś nowatorską techniką? Sięgnął po koc i przykrył nagą skórę zasłaniając krwawy kwiat.

-Masz racje. -Odpowiedział po dłuższej ciszy. Nie było sensu pytać jej o ozdobę. To nie była jego sprawa. -Tak na prawdę to chyba nic o nim nie wiem, ale wiesz co, on otacza się murem i jest za nim zupełnie sam. Robi wrażenie takiego delikatnego, jest drobny i te jego włosy i oczy. Jak dziewczyna. -Zaśmiał się i w jego głowie pojawił się obraz uśmiechniętego Oliviera. ten lekki uśmieszek zdawał się Desmontowi taki nieśmiały ale było w nim tyle uczuć. -Po prostu chcę żeby się otworzył, nauczył ufać ludziom bo jeśli tego się nie nauczy to tu w Jigoku umrze młodo. Takie są zasady. Po prostu nie lubię patrzeć jak ktoś umiera.

 Wzruszył ramionami. Zaczynał czuć chłód zimowej nocy wdzierający się do składziku i jego jeszcze niedawno rozbudzonych żył. Spotkał wzrok Jeni. Zupełnie jakby go świdrowała i przeszywała swoim spojrzeniem.

-I nie chcesz nic z tym zrobić? Niczego się dowiedzieć? Musisz go o to zapytać! Przecież ten człowiek to chodząca zagadka!

-Masz rację. I wiesz co... przez ciebie sam jestem teraz ciekaw co się w nim kryje.

                                                                      ***

   Nie mogło złożyć się lepiej. Zabrał mnie do swojej siedziby przy 33 ulicy. Nawet mnie nie przeszukał chociaż byłem obładowany bronią. Byłby problem gdyby zaprowadził mnie gdzie indziej. Plany tego budynku znałem na pamięć. Rozmieszczenie kamer i drogi ucieczki. Uśmiechnąłem się lekko, niezauważalnie. Właściwie to tylko kącik moich ust delikatnie drgnął, ale dla mnie to był uśmiech. Ja się nie uśmiechałem. No może czasem mi się zdarzyło ale to były epizodyczne sytuacje. Życie mnie nie rozpieszczało więc czemu miałem się uśmiechać?
   Szedłem za nim w ciszy rozglądając się i patrząc na kolorowe ściany długiego korytarza. Było tu niespodziewanie przytulnie. Zimno ale atmosfera, którą tworzyły współgrające ze sobą kolory na ścianach, meble, dywany i obrazy, sprawiała wrażenie domowej. Ciężko było mi określić co to "domowa" atmosfera ale czułem, że jeśli wychowałbym się w Edenie w jakiejś normalnej rodzinie to mój dom mógłby wyglądać podobnie. Albo nie.
  Otworzył przede mną drewniane drzwi i zaprosił do swojego gabinetu. Ochroniarz zamknął za mną drzwi i zostałem sam na sam z Frundem. Dyskretnie rozejrzałem się w miejsca gdzie powinny znajdować się kamery. Jedna, dwie, trzy. Tak, wszystkie pięć monitorowało jeden nieduży pokój. Mężczyzna bez słowa zajął swoje miejsce za drewnianym biurkiem. Wzruszyłem ramionami i z obojętnym wyrazem twarzy rozsiadłem się na krześle po drugiej stronie mebla. Znów badał mnie wzrokiem. Ja zastanawiałem się nad tym jak unieszkodliwić kamery. Wiedziałem gdzie znajdował się główny wyłącznik prądu. Gdyby tylko udało mi się wyjść.

- Mogę iść się odlać? -rzuciłem pierwszą wymówkę jaka przyszła mi na myśl. Frund spojrzał na mnie zaskoczony.

-Co tak nagle?

-Nagle? -odpowiedziałem udając lekką frustracje. -Siedziałem tam na tej ulicy sporo czasu, potem przywlokłeś mnie tutaj. Chce mi się po prostu sikać, wcale nie nagle. Już w drodze mi się chciało ale brałem pod uwagę możliwość  że jednak jesteś nadziany i masz wypasioną łazienkę. -Pokazałem wszystkie zęby w złośliwym uśmieszku - I miałem rację. Człowieku dla takiego dzieciaka jak ja móc odlać się i luksusowej łazience to prawdziwa przygoda.

Zmierzył mnie wzrokiem i głośno westchnął.
-Zgoda ale to za chwilę, chciałem się czegoś dowiedzieć. Znasz kogoś o imieniu  Christopher? Christopher Glasshard?

-Nie- odparłem niecierpliwie. Glassard? Pierwszy raz słyszałem takie nazwisko. W Jioku niewielu ludzi w ogóle miało nazwiska. Wielu było sierotami, którzy nawet nie pamiętali lub nie chcieli pamiętać swoich rodziców. -A kto to ten cały Glassahrd? Powinienem go znać?

-Wydaje mi się, że powinieneś. Daj mi chwilkę, może uda mi się znaleźć jego zdjęcie.

-To może w czasie jak będziesz szukał tej fotki ja pójdę do kibla, co? -zapytałam bezczelnie i niecierpliwie.

-Dobra, dobra. Shizu! - drzwi otworzyły się i zobaczyłem ochroniarza, który towarzyszył Frundowi gdy go spotkałem. - zaprowadź naszego gościa do toalety. Młody troszkę się niecierpliwi.

 Shizu tylko skinął głową i ruszył w kierunku wyjścia. Westchnąłem cicho i ruszyłem za nim bez słowa. W głowie odtwarzałem plan budynku. W toalecie nie ma kamer. Jeśli mięśniak poszedłby za mną do kibla może udałoby mi się go sprzątnąć. A potem musiałbym się przemknąć do wyłącznika prądu. Piętro niżej, piwnica. Tam już nie ma kamer ale na korytarzach i przy klatce są. 
   Zatrzymał się tak nagle, że prawie na niego wpadłem. Był sporo wyższy. Spojrzał na mnie i wskazał drzwi łazienki. Gdy ruszyłem w stronę pomieszczenia uśmiechnął się złośliwie i ruszył za mną. "Czyli będzie mnie pilnował w kiblu. Frund musi mieć do mnie na prawdę poważny interes" . Gdy wszedłem do łazienki nie spodziewałem się że mój blef okaże się w pewnym sensie rzeczywistością. Łazienka była urządzona, jak dla mnie, po królewsku. Na ścianach wielkie lustra, nowoczesne dodatki, błyszczące krany, toalety oddzielone od reszty łazienki cienkimi ściankami i drzwiczkami, rząd bialutkich pisuarów. Nigdy nie myślałem, że ktoś mógłby wydawać kasę na urządzenie łazienki. Było to dla mnie bezsensowne. Do kibla wchodzisz, w kiblu się załatwiasz, z kibla wychodzisz. Proste. Po co dorzucać drogie dodatki, upiększać takie pomieszczenie. Ale jak widać jak się ma, to można wszystko. 
   Przechodząc obok lustra spojrzałem na siebie. Jasne włosy, dawno nie ścinane zdecydowanie były zbyt długie. Nie do ramion ale dla mnie zbyt długie," będę musiał zrobić z nimi porządek". Jasna cera, błękitne oczy, kilka ledwo widocznych piegów na nosie i policzkach. Byłem silny ale mizernie zbudowany. Dopiero teraz zauważyłem że możnaby mnie nawet nazwać chudym. 
  Spojrzałem przez ramię. Shizu stał przy drzwiach i podziwiał swoje paznokcie. Ruszyłem w stronę pisuaru, wysikałem się. Z kieszeni wyciągnąłem rozkładany nóż i szybkim ruchem rzuciłem nim w stronę mięśniaka. Zanim narzędzie doleciało do celu chwyciłem za pistolet. Tłumik był założony, naboje załadowane. Sprzedawca był jednak profesjonalistą. Wycelowałem krótką lufę w stronę ofiary ale nie strzeliłem. Nie było potrzeby. Opuściłem broń i powoli podszedłem do mojego "towarzysza" . Miałem szczęście, albo raczej on miał pecha. Nóż trafił prosto w tchawicę. Leżał na ziemi, bezcelowo machał rękami, walczył o każdy oddech. Wiedziałem co się stanie, kiedy wyciągnę narzędzie. Z obojętną miną chwyciłem rękojeść i długim pociągnięciem rozciąłem tchawicę, tętnicę i skórę. Niemiły odgłos rozcinanego ciała. Krew trysnęła mi prosto w twarz ale nawet nie mrugnąłem. Byłem spokojny, zbyt spokojny. Podniosłem wzrok i ujrzałem siebie w lustrze. To mnie przeraziło bardziej niż widok umierającego człowieka.
   Twarz miałem całą we krwi. Na ciemnej kurtce były widoczne ciemne, mokre plamy. Z noża, który trzymałem, kapała na ziemię jasnoczerwona substancja. Mój wzrok był... niewzruszony, obojętny. Upuściłem nóż. Moje źrenice nagle się rozszerzyły, oddech przyśpieszył.

-Jestem mordercą.- wyszeptałem i upadłem na kolana. Mój wzrok powędrował do ciała i plamy krwi, która go otaczała. Uniosłem ręce, drżały. Moje ręce drżały?! Co mi się stało? Kim ja jestem? Przecież zawsze byłem niewzruszony, prawie udało mi się pozbyć emocji a tu nagle coś takiego. 

-Jestem mordercą.- szeptałem prawie bezgłośnie. Przez chwile czułem się jakby świat wokół mnie zamarł, jakby wszystko się zatrzymało. W pięknej toalecie nie było nikogo. Nikogo oprócz mnie i ciała, czegoś co jeszcze niedawno było człowiekiem.

wtorek, 7 lipca 2015

Rozdział XIV

Nie mam w sumie o czym pisać, więc przejdźmy od razu do rozdziału.

******************************************************************************

   Lekcje się skończyły. Pogrążony w myślach wolno wyszedłem ze szkoły. Szczerze mówiąc nie poszedłem dzisiaj się uczyć. Musiałem go spotkać, omówić kilka spraw. Już od jakiegoś czasu przestałem łaknąć wiedzy, ponieważ znalazłem inną możliwość przeżycia. Już nie musiałem być wyedukowany, teraz musiałem tylko zabijać. To było pójście na łatwiznę ale jednocześnie podjęcie się czegoś zbyt trudnego dla innych ludzi. Przynajmniej to sobie wmawiałem. Pomyślałem o mojej zdobyczy. W sierocińcu znałem wiele zakamarków, w których często chowałem najróżniejsze przedmioty. Jednak teraz wybrałem miejsce, do którego na pewno nikt nie zajrzy. Piękna katana, którą zabiłem dwoje ludzi. Byłem pewien, że jeszcze kiedyś mi się bardzo przyda. Szczelnie owinąłem ją kocem i schowałem w miejscu gdzie nigdy nikt nie zaglądnął. Bylem z siebie dumny. Taka zdobycz. Na ostrzu ledwie dostrzegalnie lśniła maleńka róża. Taka piękna. Nie zauważyłem jej od razu, ale gdy już wiedziałem gdzie się znajduje mój wzrok zawsze podążał w tamto miejsce. Mimowolnie wciąż przyglądałem się róży. Widziałem ją nawet teraz- oczyma wyobraźni.

 -Marzyciel się znalazł. Jeśli będziesz zawsze chodził z głową w chmurach to kiedyś może się to źle dla ciebie skończyć.

   Naprzeciwko mnie, w tym samym miejscu co zawsze, wsparty o mur starego budynku. All. Nie wiem czy na prawdę tak miał na imię, ani czy to w ogóle było imię. All. Nie młody ale nie stary, umięśniony. Ciemną, starannie ułożoną czuprynę teraz rozwiewał wiatr. Ciemną, ale nie czarną. Ciężko było mi zdefiniować kolor jego włosów. Niby zwyczajny ale jednak każdy włos lśnił czymś nieznanym, zagadkowym blaskiem. 
     Jak zwykle w szarym płaszczu. Jego blada cera na tle śniegu sprawiała wrażenie jeszcze jaśniejszej, prawie przeźroczystej. Pierwszy raz zacząłem zastanawiać ile może mieć lat. Zmierzyłem go jeszcze raz wzrokiem i oszacowałem na około 24-26 lat. Nie był stary, ale ja mnie, 16-letniego szczeniaka, wydawał się być bardziej odległy, ze względu na swój wiek. Był dorosły.
   Przyglądał mi się z poważnym wyrazem twarzy. I nagle zdałem sobie z czegoś sprawę. Przypomniało mi się, jak rozmawiał z jakimś innym facetem, coś o mnie mówili. A teraz badał mnie przenikliwym wzrokiem.

-Podziwiasz moją piękną buźkę?- spytałem siląc się na ironię w głosie. Mój wygląd. Mój kompleks.

-A żebyś wiedział- odpowiedział niby żartobliwie, ale jego twarz nawet nie drgnęła, wciąż stał poważny i skupiony. Nagle wzruszył ramionami, rozluźnił się i lekko uśmiechnął. - Słyszałem o tym, jak ładnie zacząłeś działać. Na chwilę spuścić cię z oczu a już dwoje ludzi wącha kwiatki od spodu. Masz talent.

-Nie jestem pewien, czy można to nazwać talentem. Ważniejsze jest to, że potrzebuje czegoś do nauki władania mieczem, jakiejś książki albo czegoś takiego. Wziąłem sobie ładną pamiątkę i nie chcę, żeby się zmarnowała.

-Nie ma sprawy. Jest tylko jeden problem. Mamy drobną zmianę planu. Kończy nam się czas, więc do końca tygodnia musisz zakończyć tą zabawę. Dasz radę?

   Przeszedł mnie zimny dreszcz. "Tydzień?! Przecież to tyle co nic. Jak mam pozbyć się kogoś tak wpływowego w zaledwie tydzień. Jeszcze z ranną  ręką." 
  Coś było nie tak. Ruszyłem lekko ramieniem-nic. Trochę mocniej- dalej nic. Zmarszczyłem brwi. Ruszyłem powoli w stronę wąskiej uliczki.

-A ty gdzie się...

-Nie pytaj tylko chodź.- przerwałem mu, zanim zdążył dokończyć. Gdy znalazłem się w miejscu, gdzie przechodnie nie mogli mnie zobaczyć ściągnąłem kurtkę i bluzkę. Zacząłem powoli odwijać bandaż z mojej ręki.

-Dostałeś? Co się stało.

-W sumie nic takiego. Wbił mi skurwysyn nóż w ramie i chodziłem z nową ozdobą około 2 godziny po mieście. Skubana powinna napieprzać.  W ogóle zapomniałem, że byłem ranny. To niemożliwe, żeby takie "draśnięcie" nagle przestało bo.... - nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Na bandażu były ślady krwi ale rana brawie całkiem się już zagoiła. Patrzyłem osłupiały na rękę a chwilę później przeniosłem zdziwione spojrzenie na All'a. Widziałem że on jest równie zdziwiony co ja.
     Staliśmy tak przez chwilę w milczeniu, aż temperatura przypomniała mi, że jest środek zimy a ja stoję bez koszulki na mrozie. włożyłem ostrożnie bluzkę i kurtkę. Kilka razy ruszyłem ręką- nic. Uśmiechnąłem się smutno "na prawdę jestem dziwakiem".  Odkaszlnąłem i wróciłem do głównego tematu.

-Co się stało, że tak skróciliście mi czas?

-Im mniej wiesz tym lepiej. -Odpowiedział wymijająco. -Powinieneś tylko wykonać robotę bo w końcu za to ci płacimy. A jeśli już o płaceniu mowa tu masz 500 perionów na zaliczkę. Całą resztę, tak jak się umawialiśmy, dostaniesz po robocie. 

                                                                ***

   Nie wracałem do sierocińca, miałem zbyt mało czasu. Byłem już blisko Ulicy 33 gdy coś przyciągnęło mój wzrok. Niby nic, zwykły sklep. Rzadko robiłem zakupy, zwłaszcza, że jedzenie dostawałem w sierocińcu. Tym razem postanowiłem wstąpić, miałem pieniądze, więc mogłem się rozejrzeć  i nawet coś kupić. Rozejrzałem się i wszedłem. 
  Sklep był wyjątkowo duży jak na panujące tutaj warunki. Było w nim praktycznie wszystko czego mógłby potrzebować... przestępca? Nie miałem pojęcia, że takie sklepy w ogóle istnieją. Od lin, różnej grubości i wytrzymałości, po broń białą, pistolety, materiały wybuchowe, trucizny z dokładnie opisanym działaniem i sposobem podania. 
  Wydawać by się mogło, że sprzedawanie tego typu rzeczy w centrum Jigoku to zwykłe samobójstwo. Tyle, że to wszystko nie było przeznaczone dla nas. Przeciętny mieszkaniec ciemnej strony nie miał wystarczająco pieniędzy, żeby kupić najtańszą rzec. Ceny były po prostu nieziemskie. Moje 500 perionów to było już niesamowite bogactwo. Za tyle pieniędzy baz problemu mógłbym przeżyć rok, kupić jakieś mieszkanie i jeszcze nie narzekałbym na jakość życia. Tutaj ceny zaczynały się od 50 perionów. Majątek przeciętnego mieszkańca wynosił 20 perionów. Oczywiście zdarzały się grube ryby jak na przykład Albert Frund, ale byłem pewien, że klienci tego sklepu to wielcy panowie z Edenu.

-W czymś pomóc chłopcze?- usłyszałem niski głos sprzedawcy. Miał ręce pokryte tatuażami, krótką brodę i kolczyk w uchu. Mimo wyglądu sprawiał wrażenie miłego i przyjaznego człowieka. Uśmiechnąłem się, wyprostowałem. Przeczesałem palcami lśniące blond włosy i podszedłem do niego. Musiałem udawać dzieciaka z lepszej strony, żeby nie podejrzewał skąd u mnie tyle pieniędzy.

-Potrzebuję kilku drobiazgów. Liny, jakiejś wytrzymałej, pistoletu z tłumikiem i nabojów oczywiście. I jeszcze jakiś krótki chowany nóż.

Byłem prostolinijny. Tak jakbym mówił temu człowiekowi "zamierzam iść i zabić kogoś wpływowego, dokładnie to Frunda. Gruba akcja się szykuję. " i przy tym uroczo się uśmiechał. Czułem się dziwnie ale starałem się nie wypaść z "roli". Mężczyzna zmierzył mnie wzrokiem. Kącik jego ust lekko się uniósł. Skinął głową i zniknął na zapleczu. Ja zająłem się oglądaniem własnych paznokci i stwierdziłem że naprawdę kiepsko się prezentują. Schowałem ręce do kieszeni i rozglądałem się po sklepie. 
  Po chwili facet wrócił z tym o co prosiłem. Zaczął opowiadać szczegóły każdego przedmiotu, pokazał kilka innych i dał mi wybór. Ja przyglądałem się towarowi ale w końcu zaufałem temu co mówi. Podał cenę 499 perionów. Odetchnąłem z ulgą. Przez cały czas najbardziej bałem się tego, że zabraknie mi pieniędzy i że zacznę panikować. Zapłaciłem a sprzedawca uśmiechnął się i życzył mi powodzenia. Zatkało mnie. Spojrzałem w jego stronę a on dalej się szczerzył. Przytaknąłem i wyszedłem ze sklepu. Miałem wszystko czego było mi potrzeba, teraz musiałem tylko zaczekać aż zajdzie słońce.

niedziela, 28 czerwca 2015

Rozdział XIII

 Znowu mnie dość sporo czasu nie było, za co bardzo przepraszam :c 
W ciągu tego prawie miesiąca dowiedziałam się że jestem już całkiem ślepa. Moja wada wzroku i nienawiść do okularów troszkę nie współgrają. Ale dość o mnie, Zapraszam do czytania, zachęcam do komentowania, bo nawet nie wyobrażacie sobie jak bardzo to motywuje do dalszej pracy <3

*******************************************************************************

    Biały pokój. Pustka, biała pustka. Podłoga idealnie zlewała ze ścianami i sufitem. Nie potrafiłem określić, czy stoję na środku pokoju. Jasność zaczęła razić mnie w oczy, byłem zagubiony, niepewny, przerażony. Nie czułem nic fizycznego, tylko emocje, zalewały mnie, nie potrafiłem ich opanować. Nie myślałem o niczym konkretnym, mój wzrok błądził, nie miałem na czym go zogniskować. Żadnego dźwięku, przedmiotu, odczucia, zapachu. Nic. Pustka. Po dłuższej chwili w tym miejscu nie byłem nawet pewien, czy stoję na dziwacznej, śnieżnobiałej podłodze, czy unoszę się w powietrzu. Moje zmysły zaczęły wariować. Ja zacząłem wariować. Wszystko się mieszało. Nic już nie było realne. Ja nie byłem realny.
   Znikałem. Rozpływałem się. Stawałem się nicością.
 Moja świadomość dematerializowała się równie szybko co ciało. Strzępkiem sił udało mi się zatrzymać dziwaczny proces na kilka sekund. A może nic takiego się nie stało? Może się nie rozpadałem?
       Obudziłem się zalany zimnym potem. Czerń naokoło mnie kontrastowała z bielą mojego snu. Ramie od razu dało o sobie znać przeszywając całą rękę tępym bólem i nieprzyjemnym mrowieniem. Oddychałem szybko i płytko. Lekko uniosłem się na zdrowej kończynie i rozejrzałem dookoła. Wszystko zaczynało wracać do normy. Moje źrenice rozszerzyły się i przywykłem do ciemności. Mogłem nawet dojrzeć niewyraźne kształty. Słyszałem oddechy innych ludzi. Nie dwóch lub trzech, ale kilkunastu. Czułem zapach pleśni i mrozu.
   Wszystko wróciło do normy. Byłem w sierocińcu. Ktoś obok mamrotał przez sen. Odwróciłem się i zobaczyłem niewyraźną sylwetkę leżącą tuż obok mnie. Nie był przykryty żadnym kocem, za  to na sobie wymacałem dwa przykrycia. "Desmont, ty sukinsynu" pomyślałem. Nie dość, że mnie opatrzył i zaprowadził do bidula to jeszcze marzł teraz, żeby mi było ciepło. Przyczepił się jak rzep i nie zapowiadało się na to, żeby się odczepił w najbliższym czasie. Jego obecność mnie irytowała ale jednocześnie czułem przyjemne ciepło w środku. W końcu miałem kogoś blisko siebie, kogoś kto nie bał się mojego krzywego spojrzenia. To cieszyło i przerażało jednocześnie. A jeśli zniknie? Już raz ktoś, kto był mi bliski zniknął, nigdy nie wrócił. Najgorsze było to, że po tych latach myślenie o Maxie dalej bolało. Dlatego zazwyczaj odrzucałem tę myśli. Wracałem do spraw przyziemnych. Starałem się zapomnieć, za wszelką cenę. O wiele lepiej znosiłem ból fizyczny, ale psychikę miałem słabą, bardzo słabą. Dlatego za wszelką cenę starałem się zamknąć i odizolować od innych ludzi. "Przecież, jeśli nie będę miał obok żadnego innego człowieka nie będę cierpiał, prawda? Nikt mnie już nie zrani? Zawsze będę kontrolował sytuację. "
    Unikanie innych wcale nie było takie trudne. Na początku czułem się samotny, ale potem przyzwyczaiłem się. Wmówiłem sobie, że nikogo nie potrzebuję, że życie w samotności jest lepsze, wygodniejsze. Nie miałem racji.
    Leżał teraz obok mnie, nieświadomy moich rozmyślań. Idiota, a przynajmniej na takiego wyglądał. Idealista, myślący, że rozumie każdego człowieka, ze każdego potrafi rozgryźć. Przyczepa, nudny, przeciętny. Przyłapałem go jak parzył się ze swoją dziewczyną. Nic nas nie łączyło.
Więc dlaczego? Co to za uczucie? Chciałem, żeby tu był. Czułem, że jest kimś, kto może mnie zrozumieć, kimś kogo mi brakowało. Po dość długim czasie izolacji, ktoś wlazł z butami do mojego życia, przekroczył barierę, którą tak długo budowałem. Nie potrafiłem go zrozumieć. To było najgorsze. Nie umiałem odczytać jego następnego kroku, przewidzieć przebiegu rozmowy. Był zagadką i to najbardziej irytowało.
     Wymacałem jeden koc i go przykryłem. Skrzywiłem się lekko "Teraz mam u idioty dług".  Oczy mi się zamykały, w głosie zaczęło się kręcić, w uszach dzwonić. Nie chciałem tam wracać. Byłem pewien, że gdy tylko zasnę znów znajdę się w białym pokoju. Wszystko zacznie się od nowa. Nie dałem rady. Położyłem głowę na starej poduszce i zamknąłem oczy. "Wróciłem.."
                                        
     Jakiś ruch obok wyciągnął mnie z koszmaru. Rozejrzałem się przerażony naokoło, zalany potem, wciąż nieprzytomny.
  -Ej, uspokój się, nic ci nie jest. Ciągle żyjesz, a to chyba dobrze.
 Wpatrywałem się na siedzącego obok mnie chłopaka. "Sukinsyn" pomyślałem już całkowicie przytomnie.
Zamrugałem kilka razy, przetarłem twarz i chwytając jego ramienia wstałem.
  -Stop! Stop! Gdzie się wybierasz?
  -No chyba oczywiste, do szkoły. -Powiedziałem beznamiętnie. Ramie bolało jak cholera, ale wiedziałem, że jestem w stanie to znieść, bez większego problemu. Na prawdę mogłem iść, nie kozaczyłem.
  -Chyba se jaja robisz. Nie po to taszczyłem cię przez 2 kilometry, żebyś mi teraz zszedł w drodze do szkoły.
  -Przecież nic się nie dzieję. Trochę boli, ale da się wytrzymać. -spojrzałem na ranną rękę. - Muszę iść, bo nauka to dla mnie chyba jedyna szansa na w miarę udane życie, wiesz o tym. Jak nie pójdę...
  -Wiem, wiem. Mówisz w kółko to samo. Wymyśliłbyś jakieś ciekawsze tematy do rozmowy co?
  -Przypomnę, że to nie ja tu chcę rozmawiać.
  -Ostatnio powiedziałeś, że jak rozmawiasz, to mniej boli.- Wyszczerzył się z sarkastycznym uśmieszku.
  -Musiałem się skupić na czymś innym niż ręka- powiedziałem cicho. Przypomniało mi się wszystko, co czułem podczas tamtej nocnej przechadzki. Nie chciałbym, żeby kiedykolwiek to się powtórzyło, nie chciałbym już nigdy czuć takiego bólu. - Cholera jasna, nawet nie wyobrażasz sobie, jak to bolało!
  -Mów ciszej. Sory, masz rację. Jesteś pewien, że dasz radę iść?
W drzwiach zobaczyłem Jeni. Patrzyła na mnie ze smutkiem w oczach. "Co? Smutkiem w oczach? Cholera, znowu miał racje, jednak w ludzkim spojrzeniu można wyczytać emocje." Uśmiechnąłem się blado, nie wiem czy do niej, czy do samego siebie.
  -Nie ma problemu, dam sobie radę. 
Gdy mijałem ją w drzwiach usłyszałem tylko cichy głos 
 -Przepraszam.
Odwróciłem głowię w jej stronę, ale już szła w kierunku Desmonta, nie patrzyła w moją stronę. Teraz przepraszała, ale przez nią prawie umarłem. W sumie to ostatnie często 'prawie umierałem'. "Jeśli tak dalej pójdzie to moja przyszłość nie wygląda zbyt ciekawie. pomyślałem z lekką ironią. Odwróciłem się i poszedłem w swoją stronę, a w mojej głowie wciąż widziałem białą pustkę z mojego snu i Desmonta leżącego obok mnie tuż po moim przebudzeniu. 
                                                            ***
   Do szkoły wszedłem jak zwykle-sam. Nie patrzyłem nikomu w oczy, do nikogo się nie odzywałem, omijałem grupki ludzi błądzących po korytarzu. Podszedłem do starej, zardzewiałej szafki i wyciągnąłem podręczniki. Ktoś popchnął mnie, usłyszałem za plecami stłumiony śmiech. Nie odwróciłem się, to była moja codzienność. Udało mi się dosłyszeć kilka słów: "odludek, pedał, dziwak". Poczułem coś, czego nie czułem od dawna. To zabolało. Co? Mnie? Zabolało? Niby jakim sposobem? Byłem przecież uodporniony na te docinki. Znosiłem je codziennie przez kilka lat, a tu nagle poczułem coś z tego powodu? Niemożliwe. 
 Zacisnąłem dłoń w pięść i uderzyłem w moją zamkniętą szafkę. Rozległ się głuchy odgłos, spomiędzy palców wypłynęła cienka stróżka krwi. Odwróciłem się. Cały korytarz zamilkł. Zobaczyłem grupkę chłopców, którzy jeszcze przed chwilą cicho rechotali. Spojrzałem na nich lodowatym spojrzeniem. Zbladli. uśmiechnąłem się w duchu "Najpierw byli tacy odważni a teraz trzęsą się ze strachu". Omiotłem wściekłym wzrokiem cały korytarz a następnie ruszyłem w stronę przestraszonych kolesi. Mieli miny jakby spotkali sama śmierć. "Świetnie". Patrzyłem im głęboko w oczy i nie zatrzymując się ominąłem grupkę. Przez sekundę wstrzymali oddech. Ta satysfakcja rozpierała mnie od środka. To było na prawdę świetne. 
    Co było najdziwniejsze? Ramie nie bolało. No może lekko ale tylko przy gwałtownych ruchach rękę. Nie byłem zdziwiony. Po prostu o tym zapomniałem. W tamtej chwili nie rana była istotna tylko mój sukces. Dzięki tej akcji przez jakiś czas będę znów chodził korytarzami sam, nikt mnie nie zaczepi, wszyscy będą sie mnie bali. To dobrze. Dobrze. Po moim policzku spłynęła jedna, jedyna łza. Nie otarłem twarzy, pozwoliłem jej spłynąć do brody a potem wylądować na zimnej posadce korytarza. Znów będę samotny. A wewnątrz mnie emocje były podzielone. Jednocześnie się cieszyłem. Znów będę sam, nikt mi nie przeszkodzi, nikt nie stanie mi na drodze. Z drugiej strony pamiętałem tę noc. Gdybym był wtedy sam nie przeżyłbym. Umierałbym powoli w  męczarniach. 
  Z Desmontem wciąż się kłóciłem ale jednak był to pewien rodzaj rozmowy. Tu i teraz musiałem być cicho. Miałem tylko własne myśli, których coraz bardziej się bałem. Tak jak w moim śnie, jak w białym pokoju. Emocje wariowały, rozrywały mnie od środka, niszczyły. Zacząłem zastanawiać się nad znaczeniem tego koszmaru. Moje życie. Pustka. Chciałem być, sam. Chciałem, żeby nikogo nie było. Chciałem żyć obok, a nie z ludźmi. I zostałem sam. Zacząłem znikać. 
  W białym pokoju nie było nic, więc dlaczego ja miałbym zakłócić tę nicość? Też musiałem zniknąć.

sobota, 6 czerwca 2015

Rozdział XII

  Jeszcze tylko chwilka, tylko troszkę, wytrzymam, muszę wytrzymać. Jestem pewna, że mi się uda. Wskazówki zegara są takie powolne. Ale to nic. Jestem silna. Tak niewiele brakuje do... wakacji <3
A może w wakacje uda mi sie wziąć za siebie i pisać regularnie? Kto wie :D  Miłego czytania ;)

**********************************************************************************

      Prawa noga. Lewa noga. Prawa. Lewa. Prawa. Lewa.
 Całą moją uwagę poświęcałem stawianiu kroków. Prawa, lewa. Czułem zimno. Chłód metalu w moim ramieniu. Paraliżował. 
 Prawa.
Zdrowa ręka podtrzymywała całe ciało chroniąc przed upadkiem. Podporą był człowiek. Człowiek? Desmont.
   Lewa.
Świat wirował. Gdy dostałem nożem czułem ból, ale nie mógł się równać z tym co przechodziłem teraz. Straszliwe katusze. Widziałem śmierć. Stała przede mną i śmiała mi się prosto w twarz. "Dlaczego teraz boli bardziej? Może dlatego, że wcześniej byłem pobudzony." Adrenalina. Ból nie był najważniejszy, musiałem myśleć o wielu innych sprawach jednocześnie. Ale teraz, gdy się uspokoiłem moje myśli mimowolnie uciekały w kierunku rannej ręki.To potęgowało cierpienie i ból.
    Prawa.
"Zabawne, kiedy powinienem myśleć o ranie, nic mnie nie bolało. Teraz, kiedy powinienem myśleć co dalej boli jak jasna cholera. Taki paradoks. Pierdolony paradoks" myślałem. Byłem bliski szaleństwa. Miasto wokół mnie mimo późnej pory szumiało nieskładnie. Światła latarni kłuły w oczy. Świat wirował. 
  Lewa.
Przecież już nie raz dostałem. Nawet kilka razy oberwałem nożem. Ale nigdy nie wybierałem się w podróż z wystającym narzędziem z ciała. Narzędziem, które przy każdym kroku nieznacznie zmieniało swoje położenie. Spod którego wolno spływała stróżka krwi. 
  Prawa.
"Zaraz, zaraz. Jak on chce mnie opatrzyć? Przecież barman nie ma apteczki, a jeśli jakimś cudem ma to nie da jej pierwszemu lepszemu małolatowi. Cholera."
- N... Nie idź do baru.- wyszeptałem. Popatrzyłem na niego, a on na mnie. Zrobił się w momencie blady. Musiałem wyglądać naprawdę strasznie. Uśmiechnąłem się krzywo.
- Pomyśl -głęboko odetchnąłem i mówiłem dalej - jaki normalny barman do apteczkę szczeniakowi, którego na nigdy na oczy nie widział.
Rozmowa lekko rozjaśniła mi umysł, przestałem myśleć o ranie. Desmont skinął głową i ruszyliśmy dalej.
  -Mogę z tobą pogadać? Jak mówię to mniej boli. - skrzywiłem się, gdy kurtka zahaczyła o nóż. - Słuchaj, jak przeżyję tę noc, to będę twoim dozgonnym dłużnikiem.
   - Mnie wystarczy, gdy przestaniesz się izolować.
Popatrzyłem na niego krzywo, ale jego wzrok utkwiony był gdzieś w nicość daleko przed nami.
   -Muszę. Muszę być sam. Nie potrafię już nikomu zaufać. - Byłem zdziwiony. Słowa same płynęły.
  -A mnie jakoś w tej chwili zaufałeś, prawda? Z każdą chwilą zaskakujesz mnie coraz bardziej. Nie zawsze pozytywnie. Coś pewnie się stało w przeszłości, nie wiem co i nie wnikam. Postawiłeś barierę. Jesteś wredny i sprawiasz wrażenie, jakbyś nienawidził wszystkiego i wszystkich. Ale w twoich oczach widzę smutek.
  -Pieprzenie- zaśmiałem się mimowolnie. Zaraz tego pożałowałem. Naprałem powietrza i mogłem mówić dalej - Gadasz jak jakiś wielki bohater tych wszystkich słabych książek. "Widzę w oczach" . Wiesz co można zobaczyć w ludzkich oczach? Powiedzieć Ci? Pieprzone oczy. 
     -Bierzesz wszystko zbyt dosłownie. Mówię w oczach, a chodzi mi o całą postawę. To jak chodzisz, jak unikasz ludzi, jak uciekasz wzrokiem. Przejrzałem cię, głupi nie jestem.
   -A wyglądasz na takiego.
   -No i o tym mówię. Bronisz się przed pokazaniem samego siebie. Zamiast być szczery spławiasz ludzi sarkastycznymi komentarzami. Tak nie można, kiedyś...
    -I znasz mnie na tyle dobrze po 4 rozmowach?! Jaja se robisz.- Poczułem jego dłoń na mojej dłoni. Zatrzymaliśmy się, a on delikatnie posadził mnie na ziemi pod ścianą jakiegoś budynku.
   -Siedź tu, zaraz wrócę. Nawet nie próbuj nigdzie emigrować.
   -Gdybym tylko mógł... -westchnąłem. Patrzyłem jak odchodzi. Dziwny typ, bardzo dziwny. Co takiego go we mnie zainteresowało na tyle, że obserwował moje zachowanie, moje zwyczaje, sposób w jaki odnoszę się do ludzi? Co z nim jest nie tak? Dlaczego wtrąca się w cudze życie?
   Jak byłem jeszcze brzdącem ludzie do mnie lgnęli. Pamiętam, zawsze byłem otoczony wianuszkiem dziewczynek i chłopców, ale nigdy z żadnym z nich tak na prawdę się nie przyjaźniłem. Po prostu byli. Towarzyszyli mi przy posiłkach, śmiali się, bawili ze mną. Mimo to zawsze czułem się samotny.
 Czas mijał, nic się nie zmieniało, do czasu, aż pojawił się Max. Wywrócił moje życie. Był przyjacielem. Nie. Był kimś więcej niż przyjacielem. Pojawił się niespodziewanie i zniknął w podobny sposób. Z dnia na dzień. Był a potem go nie było. Proste i bolesne.Zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja. Kogoś, kto pod skorupą chowa wrażliwą duszę.
  Miałem wtedy 12 lat? Bachor jeszcze. Zwykły dzieciak ze slumsów. Ale różniłem się od wszystkich innych i nie był to tylko wygląd. Miałem kogoś, kogo szanowałem. Kogoś, kogo uważałem za przyjaciela. Kokoś z kim byłem szczery. Kogoś, kogo kochałem. Dzięki temu byłem silny. Dziwne, ale zdałem sobie sprawę, z moich uczuć gdy już zniknął. Gdy pozostawił po sobie bolesną dziurę w moim wnętrzu. To było proste. Obudziłem się, a jego nie było. 
  Pamiętam jak na początku uważałem, że to dzień jak co dzień. Max często się zrywał wcześniej, to nie była żadna nowość. Ale gdy po południu wciąż nie wracał, zacząłem coś podejrzewać. Najpierw szukałem go wszędzie tam, gdzie miałem nadzieję go znaleźć. Potem szukałem we wszystkich innych miejscach. Nigdzie go nie było. Szukałem długo. Wracałem do sierocińca zapłakany, zrezygnowany. Wstawałem z nową nadzieją, której z dnia na dzień było coraz mniej, aż w końcu całkiem zniknęła. Razem z nim. Wszystko stało się szare. Ludzie, którzy mnie otaczali zaczęli irytować. Całą złość wyładowywałem na innych. Zawsze byłem silny więc często moja złość była fatalna w skutkach dla mojego otoczenia. Zanim się spostrzegłem nikogo obok mnie nie było. Zostałem sam. Postawiłem barierę i nikogo nie dopuszczałem do siebie. Z czasem ludzie zaczęli wiązać zmianę mojego zachowania ze zniknięciem Maxa. Zaczęli mnie obrażać, wyzywać od pedałów, chociaż niewiele mijali się z prawdą. Zostałem sam.
     Usłyszałem kroki. Coś wewnątrz mnie pękło. Max. Jak ja za nim tęskniłem, nie chciałem tego przyznać, nigdy nie powiedziałbym tego na głos. Po moim policzku spłynęła łza. Samotna łza, taka ciepła, taka bolesna.
  Zza rogu wyłonił się Desmont, niósł w ręce jakiś pakunek. Spojrzałem na niego moimi błękitnymi oczami. Łzy popłynęła same. Nie wiem czy przez nóż, który dalej sterczał z mojego ramienia, które pulsowało tępym bólem, czy przez moje rozmyślania. 
  Chłopak zbladł. Podszedł do mnie i zrobił coś, czego nigdy bym się nie spodziewał. Po prostu przytulił. Delikatnie, uważając na ranę. Płakałem odurzony bólem i emocjami. Cicho. Tak, żeby nikt mnie nie usłyszał. A potem zasnąłem. Nie na długo.
   Obudziło mnie coś strasznego, coś co trudno sobie nawet wyobrazić. Desmont z mojej częściowo zakrzepłej rany wyszarpnął nóż. Wrzasnąłem. Wszystko na chwilę zniknęło. Zostałem tylko ja i niesamowity ból, promieniujący przez całą rękę. Miałem wrażenie, że chwila, w której wracam do siebie trwała wiecznie. 
  Desmont sprawnie opatrzył mnie zakupionymi bandażami. Nie pamiętam tego dokładnie. Moja świadomość rwała się. Czułem wszystko kilka razy intensywniej niż normalnie. Miałem wrażenie, że umieram. Gdy już się trochę uspokoiłem pomógł mi wstać. Zakomunikował chyba, że wracamy do bidula. Skinąłem głową. Nie miałem siły. Na nic. 
  Nie pamiętam powrotu. Możliwe, że idąc spałem, lub co jakiś czas traciłem świadomość.Wiem tylko, że było ciężko skupić się na własnych krokach.
  Lewa noga. Prawa noga. Lewa. Prawa. Lewa.